środa, października 11, 2006

Nadal bez prawa jazdy

Egzamin niestety nie zdany. Ale to na szczęście raczej powszechne. W przeciwieństwie do matury, rzadko kto zdaje za pierwszym podejściem. Ulka pociesza mnie, że wśród osób jej znanych, ci którzy zdali za pierwszym podejściem za kierownicę siadają sporadycznie - vide ulkowa mamya czy citibankowa Monika (chyba, bo dawnośmy się nie kontaktowali i możliwe, że jest drugą Kubicą ze spódnicą).

Dotarłem na Odlewniczą ok. 9:30 i więdłem tam do 11:05. Egzamin był zapowiedziany na 10:00, ale ostałem wywołany jako jeden z ostatnich w grupie. Mój egzaminator był grubaśny, kudłaty i siwy. Z burzą włosów i bujną brodą, wyglądał jak prawosławny mnich w dżinsie.
Okazął się dosyć sympatyczny i tolerancyjni dla drobnych niedociągnięć. Tym większa szkoda, że zmarnowałem taki uśmiech losu (z drugiej strony samochód miał numer 13).

Jazda po łuku poszła świetnie, górka wręcz aksamitnie. Po mieście też szło zupełnie nieźle. Do czasu przedwczesnego zatrzymania się przed znakiem STOP. Zamiast na ciąłej linii stanąłem przed pasami. Pustymi niestety. No i pierwszy błąd.

Potem znowu gładko, nawet skręty w lewo na spooorym skrzyżowaniu. Kiedy jednak przystąpiłem do parkowania równoległego przodem, wybrałem całkiem szerokie miejsce. Niesetety było ono nieco powyżej poziomu jezdni i trzeba było wspiąć się na krawężnik. I przy tej wspinaczce dwukrotnie zgasł mi silnik.

Więc dupa.

Ze mnie.

Do widzenia.


powered by performancing firefox

1 komentarz:

Minka pisze...

Dziekuje za zaproszenie do bloga. Fajnie sobie poczytac co sie u was dzieje. Jak chcesz zajrzyj do bloga, w ktorym jestem kontrybutorem jako jedyna dziewczyna: http://quaiwilson.blogspot.com