poniedziałek, listopada 05, 2007
czwartek, października 04, 2007
Siły i zamiary
Wizytę mieliśmy umówioną na 9:20 i 9:40 (w końcu bliźniaki, więc i wizyty dwie). Zgodnie z zaleceniem Uli zacząłem operację już o 8:15. Najpierw rozlałem wodę na stół, stare CD i dzidziusiowie akcesoria toaletowe. Po prostu uzupełniłem zbiornik nawilżacza odmineralizowaną wodą i nie założyłem zakrętki. Potem wg instrukcją chciałem położyć zbiornik wlewem do dołu i chluuust!
W metrze w windzie ktoś się zaciął, na szczęście zjawił się jakiś koleś oferujący pomoc w zniesieniu. Miło. Za to do wagonu musiałem wedrzeć się przemocą, bo miejsce dla wózków na czole składu kompletnie zapchane. Niewiele pomogło nawet pokrzykiwanie na pasażerów, żeby się nieco przesunęli. Środek wagonu był oczywiście luźny, ale znaczna część stojących po prostu się patrzyła z bezmyślnymi minami na nasz długaśny wózek. Cóż było robić, ruszyłem do szarży zachęcany radosnym pokrzykiwaniem Iwa. No i tłum się rozstąpił jak Morze Czerwone. Jednak przemoc to świetny sposób na rozwiązywanie wszelakich problemów.
W drodze powrotnej natknęliśmy się na skośnookośniadą ekipę telewizyjną, której chłopki przypadły do gustu. I chyba tyle ciekawostek, bo z przepocenie niewiele pamiętam.
Postęp
Zadziwiłem się postępem technologicznym - na tablicy ogłoszeń wisiała informacja, że każdy student i pracownik naukowy jest ZOBOWIĄZANY założyć sobie konto poczty elektronicznej. Cóż za zmiana.
Kiedy na pierwszym roku chciałem założyć konto musiałem lecieć z podaniem do dziekana i wysłuchać utyskiwań opiekun roku, że powinienm się uczyć, a nie zajmować durnymi nowinkami. Konto miałem o numerze trzy tysiące cośtam. Co oznacz, że byłem zapewne wśród pierwszych dziesięciu tysięcy internautów w Polsce. Ech, będzie co wnukom opowiadać...
wtorek, października 02, 2007
Zupa
Aż podskakiwali na siedzeniach na widok talerzy z zupą, ale kontakt usteczek z łyżką kończył się sapaniem i machaniem rękami. Po chwili zapominali o temperaturze i znowu podskakiwali. W końcu Iwo się poddał. Kacprzak zaś dzielnie wtrząchnąl ciurkiem trzy chochle.
Kiedy przyszła kolej Iwa, zupa była chłodna, co wprawiło go w rozpacz, a następnie w niepohamowaną wściekłość. Przeczekałem atak sprzątając po kacprowym jedzeni, dzięki czemu zupa wystygła. Ale i to Iwa nie zadowliło, co gorsza każda przerwa w podawaniu łyżek dłuższa niż 3 sekundy skutkowała rzucawką. W końcu jednak druga połowa zupy wylądowała w wygłodniałym żołądeczku.
Potem smarkanko, przewijanko i spanko. A ja odgrzeję sobie fasolkę i poprawię bakławą.
poniedziałek, października 01, 2007
Fasolka po bengalsku
Po drodze był syrop, krople do nosa i oczywiście odsmarczanie. I nadal im wesoło, a ja mam nawet czasu pisać te słowa. Aż się boję myśleć jaka będzie tego cena...
Fasolka po bengalsku:
Nasiona fenkuł, gorczycy, kozieradki, kminu i czarnuszki rzucić na rozgrzany olej. Jak zaczną intensywnie pachnieć dorzucić zielone chilli. PO chwili wrzucić podgotowaną fasolkę i posypać kurkumą. Po dwóch minutach posypać zmieloną czarną gorczycą.
Pycha, choć zamiast fasolki powinna być kapusta, a chilli nie miałem. Mieszanka nazywa się pancz paron.
czwartek, lipca 12, 2007
sobota, lipca 07, 2007
Nocna jazda do baptysterium
Wybór miejsca przyszedł łatwo - większość rodziny i tak w Kielcach, kościół w którym braliśmy ślub wygodnie położony w połowie drogi między domem Ulkowym a moim, świeże powietrze i niższe ceny. Jedyny problem logistyczny to załadowanie całego majdanu, łącznie z kociakami do Gucia i przetrzymanie ewentualnych narzekań czworga maluchów po drodze.
Postanowiliśmy jechać we czwartek nocą, bo i chłopaki będą spokojniejsi śpiąc i ruch mniejszy. Po drodze okazało się, że chłopaki spali, kotki grzeczne - tylko Mira po d Kielcami trochę narzekała na monotonię podróży, ale to dopiero po trzech godzinach jazdy.
Podróż całkiem emocjonująca. Silny wiatr boczny spychał dzielnego Gucia wyposażonego w box bagażowy, współpodróżujący drogą kierowcy złorzeczyli (zapewne) naszej 70 na liczniku, a z przeciwka ciągną się nieprzerwany ciąg ogromnych TIRów.
Dałem jednak radę.
Dzięki wsparciu Ulki i poganianiu Mirki.
poniedziałek, czerwca 25, 2007
Teleleniejużnie
Nowoczesne technologie korzystnie wpływają na umysł dziecka - przekonuje wielu uczonych. Dzięki nim dzieci uczą się selekcji informacji, i strategicznego myślenia. Problemem jest to, w jakim wieku dzieci mają dostęp do telewizji i komputera.
Z raportu "Archives of Pediatrics & Adolescent Medicine" wynika, że dzieci przed ukończeniem drugiego roku życia nie powinny oglądać telewizji. - Ilość impulsów wzrokowych i słuchowych, które dziecko w ten sposób otrzymuje, przekracza jego możliwości percepcji"
"Teleinfekcja", Monika Florek-Moskal, Wprost - Numer: 23/2007 (1276)
Cholera, właśnie uświadomiłem sobie, że już nie potrafię prawidłowo podać adresu bibliograficznego. W zamian życie nauczyło mnie SQL. Co lepsze?
Tak czy siak. Lektura całości powyższego artykułu przeraziła nas tak, ze od czasu lektury chłopaki widzieli włączony telewizor przez najwyżej kwadrans. Ulka zauważyła, że dzięki temu, nawet jak oni śpia trudno jej znaleźć coś sensownego w telewizji. A to chyba dlatego, że nie szukamy najlepszego programu z obecnie nadawanych, ale czegoś sensownego "obiektywnie". No i kończymy przed DVD z Indii.
BTW - jak ktoś myśli, że bolly to kolorowe sari, miłość bez pocałunków i słodkie piosenki niech rzuci okiem na trailer (już o tym filme chyba wspominałem, ale jestem nim niezwykle zajarany):
piątek, czerwca 22, 2007
czwartek, czerwca 21, 2007
Czekając na CoreDuo
wtorek, czerwca 19, 2007
Don - camp, oldschool i kupa śmiechu
Całość wysoce campowa, film kategorii D. Kilka scen wywołało u mnie deja vu na tyle silne, że przyjąłem że widziałem to w podstawówce w polskiej telewizji. Scenariusz, zwroty akcji, efekty specjalne, a nawet - o dziwo choreografia - na poziomie licealnej etiudy.
Uczciwie jednak przyznam, że film nawet wciągnął, Amitabh gra nieźle - z pewnością o niebo lepiej od naszych współczesnych aktorów. Prawdziwymi rodzynkami są zakapiory drugiego planu - zwłaszcza Kamal Kapur jako Narang. Jak w tym towarzystwie czuły się Zinat Amant i Arpana Ćudari? Śiwa znajet...
Na wysokości zadania - jak zwykle przez kilka dekad stają Asha Bosle, Kishore Kumar i Lata Magneshkar.
A niżej trailer do filmu. Montaż równie profesjonalny jak całość przedsięwzięcia.
Ach!
Zapomniałem o scenach walki. Kurizoum przy którym wczesny Hongkong szans nie ma.
środa, czerwca 13, 2007
Usiedzeni
Ku mojemu przerażeniu okolica lotniska zamieniona została w plątaninę ulic, uliczek i objazdów, w której spędziłem chyba z pół godziny zanim trafiłem na parking. A na parkingu jeszcze gorzej. Ciaśniejszy niż ten przy Multikinie i 17 razy gorzej oznakowany niż ten w Galerii M. Rozpacz.
Kiedy już dotarłem do hali przylotów okazało się, że właśnie wybudowano nowy terminal. Spociłem się jak mysz. Dobrze, że ostrzegłem Monikę nie tylko przed brakiem radio w Guciu (korki!) ale i brakiem klimy (upał).
Okazało się jednak, że Monika jedzie prosto do Kielc, a i upał przestał męczyć i zaczęło siąpić.
No to zgarnąłem prezenty i wróciłem do pracy.
A wieczorem testy. Udane:
czwartek, maja 31, 2007
Przebój absolutny
Co prawda - jak już kiedyś linkowałem - fachowcy mają inne zdanie, ale ci fachowcy to same zgredy.
niedziela, maja 27, 2007
Dzień Matki w Mumbaju
To nasze pierwsze imprezowe wyjście od ponad roku - i od razu sukces. Zabawa przednia, muzyka głośna, powietrze gorące i wilgotne, a pijani Hindusi tańczący na barze.
Na rozchodniaczka zagrali "Moje serce jest hinduskie", co wywołało u Desich eksplozję dumy narodowej.
piątek, maja 25, 2007
Długi poranek
...parę godzin później na gTalku:
poniedziałek, maja 21, 2007
niedziela, maja 20, 2007
Aśoka Słabiak
A tak ekscytująco zapowiadali...
piątek, maja 18, 2007
Rottweilerojamnik
Spotkałem wczoraj w parku pod PKiNem rottweilerka w rozmiarze jamnika. Polubił mnie od pierwszego wejrzenia, bo przespacerował sporą część okolicy wokół Placu Defilad. Najwyraźniej się zgubił, a że miał kaganiec szanse na przekąszenie czegoś przed znalezieniem domu marne.
No i wziąłem go na pasek, zaproponowałem cztery parówki za 1,53 i ruszyliśmy na poszukiwanie właściciela. Przez następne trzy godziny poznałem wszystkich właścicieli psów z rejonu Pałacu Młodzieży.
Kiedy zaczął zapadać wieczór z braku możliwości ugoszczenia nowego kolegi wyekspediowałem go na Paluch.
Już w domu śledziłem stronę schroniska, żeby poznać jego dalsze losy. Zdjęcie się jakoś nie pojawiało, mimo obiecywanej aktualizacji co dwie godziny...
Poranny telefon do schroniska radośnie to wyjaśnił - noc piesek spędził w domu. A ponieważ rozdałem swój telefon paru psiowym współszukaczom, więc zainteresowani dostali dobrą nowiną jeszcze przed obiadem.
poniedziałek, maja 07, 2007
Popłakalibyśmy się gbyby jutra nie było
sobota, maja 05, 2007
Tieng Viet
Wybraliśmy sie tam ze znajomymi pełni obaw, że EURO2012 zrówna wkrótce ten ewenement z ziemią. Zaczęliśmy od wizyty w zaułku fryzjersko-telefonicznym. W jednym z salonów fryzjerskich był nadkomplet, a w kolejece dziewczyny od prześlicznych do dziwadeł rodem z japońskich kreskówek dla narkomanów.
Orient ogarnął nas do reszty w sklepie spozywczym oferującym 123 rodzaje makaronu ryżowego, suszone kałamarnice, mrożone niewiadomoco, nierozpoznawalne zioła (spośród których wybralismy miętę) oraz przemnóstwo pikli z również niewiadomoczego z przewaga papryczek.
Zapach unosił się tam TrzecioŚwiatowy - czyli przyprawy, zioła, chemia gospodarcza i nadpsute owoce z ulicy. Więc mieliśmy wirtualna wizytę w Hanoi.
Nasze śliczne dzieci oczywiście przykuły uwagę gospodarzy, a gospodarze uwagę naszych ślicznych dzieci. Szczególnie, że brzmienie wietnamskiego niewiele się rózni od fonetycznych testów chłopaków.
czwartek, kwietnia 26, 2007
Telewizja internetowa
W ostatni weekend zorientowałem się, że przecież wszystko dostępne będzie na iTVP. Barany z państwowej telewizji nie wpadli na to by szeroko ten portal reklamować. WSI24 swoją wersję internetową wciskają na każdym kroku, wielce się przy tym pusząc, jacy to oni kreatywni i innowacyjni. Tymczasem iTVP działa już od dłuższego czasu, tylko losie z Wornonicza nie wiedzą, że dobre pomysły trzeba promować żeby na nich zarobić.
A chłopaki jak się ślinili, tak się ślinią.
Co gorsza spotykam opinią, że ektoplazma z ust wypływać będzie jeszcze paręnaście miesięcy.
sobota, kwietnia 21, 2007
piątek, kwietnia 20, 2007
Zagubiony labirynt fauna
Z zapowiedzi wnosiłem, że ten film to jakieś odjechane, orgiastyczne wizualnie, ociekające krwią fantasy, a tu nic z tego.
Niezłe było, a w dodatku na koszt firmy, ale i tak uczucia mieszane.
A potem piliśmy białe wino do 2 w nocy.
wtorek, kwietnia 03, 2007
Wielki Tydzień
W pracy zaś nawracam towarzystwo na kuchnię indyjską. Odkryłem niedawno sporo gotowych dań w centrum handlowy tuż obok naszego biurowca. Zajadają się wszyscy aż im uszy od chilli czerwienieją. A przebojem absolunym okazały się ciasteczka Tea Time Puri. Wedle nazwy i zdjęcia na orebce są to heratniki,, ale cholery są piekące jak diabli. W połowie ich przeżuwania pojawia się jednak w ustach na chwilę smak rodem z Indii, więc wtrzącham aż miło.
Nieco mniej miło jest Ulce i chłopakom, bo krąży po naszym małym mieszkanku wirusowe zapalenie gardła. Najpierw dorwało Malutka, teraz Kapsla. Przez chwilę cień padł i na mnie ale zdusiłem zafajdańca witaminami, Wielkimi Niebieskimi Pigułami na grypę i nieocenioną Solpadeinką.
niedziela, marca 25, 2007
My, naród
Swadesaśmy obejrzeli. Niezły, społecznie zaangażowany, kolorowy, z piosenkami i pięknymi bohaterami. Prawdziwa indyjska nędza się pojawia, a nawet Dalici.Hindusi mają na jego temat znacznie więcej do powiedzenia.
środa, marca 21, 2007
Bezsiła
Już na powitanie, zamiast "dobry wieczór" usłyszałem, że lodówka nie mieści się do windy. Zaskoczyli mnie ty (czyżby?), bo mieliśmy identyczną lodówkę w kuchni i windą wjechała bez problemów i otarć. Zjechałem więc do nich, celem dokonania wizji lokalnej. Po drodze dowiedziałem się, że fantastyczna sieć sklepów Saturn gwarantuje wniesienie sprzętu do czwartego piętra, a co powyżej to już kwestia dogadania się z cieciami, bo oni - Saturn - cennika nie mają.
Zawodnicy okazali się burakami pierwszej wody i słowa uprzejmość nie słyszeli przenigdy, jak sądzę. Przez parę minut przekonywałem ich, że lodówka wejdzie bez problemu, oni zaś namawiali mnie do podpisania oświadczenia, że nie będą odpowiadali za jej uszkodzenie jeśli wcisną ją przez drzwi windy po zdjęciu opakowania zabezpieczającego. Zaproponowałem im elegancko i owijając w bawełnę, żeby się walili i zabierali lodówkę. W końcu sklep dla idiotów ma to samo po tyle samo, a sklepy internetowe znacznie taniej. Ostatecznie przekonałem ich, słowem "dobranoc" i skierowaniem się ku windzie.
Oczywiście, że się lodówka zmieściła.
Oczywiście, że buraki się zemścili.
Lodówkę wstawili tak, że nawet drzwi do mieszkania nie mogłem zamknąć, a na dokładkę - czego nie zauważyłem - wszystek styropian, karton i co tam jeszcze, zostawili pod moim drzwiami.
Oczywiście, że sklepy Saturn nie przyjmują skarg na swoich cieciów przez telefon. A w sklepie, jak przekonałem się następnego dnia, zaoferowano mi skserowany niechlujnie formularz reklamacyjny, bowiem mailem reklamacji też przesłać nie można.
Oczywiście, że ni kupię u nich nawet płyty CD-R za 2 złote.
No i zobaczymy co mi odpowiedzą na uprzejmą reklamację.
czwartek, marca 15, 2007
Anty-Saturn - część pierwsza "Przed dostawą"
Przez pewien czas walczyliśmy z pleśnią i wyrzucaliśmy całkiem sporo jedzenia, które nie doczekało swojej kolejki do stołu. No, ale przyszła wiosna i wariant balkonowy przestał być możliwy. zaczęliśmy szukać i okazało się, że nadal najlepszym wyborem jest Amica. Zamiast jednak kupować w sklepie internetowym, wybrałem Saturna którego sklep mam pod nosem, w Złotych Tarasach.
Los nie szczędził ostrzeżeń, więc pretensję mogę mieć tylko do siebie, że zamiast sprawdzonego rozwiązania poszedłem do supermarketu. Kiedy spytałem sprzedawcę, czy przełożą drzwi na prawostronne, stwierdził z uśmiechem, że to bardzo prosta operacja. Ulka przypomniała ile nerwów kosztowało mnie to proste rozwiązanie, ale ja jakoś nie zobaczyłem tego tak jasno jak ona. Drugim ostrzeżeniem była rozmowa z pracownikiem serwisu, z którym Ulka umawiała się na dostawę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ja niańczyłem wtedy dzieci. Poza tym niejednokrotnie przez moją raptowność rezygnowałem z rożnych towarów i usług, co czasami kosztowało ostatecznie sporo czasu i nerwów i tak.
wtorek, marca 13, 2007
Wiosna
sobota, stycznia 27, 2007
Dzieciowe żaręłko
Chłopaki dorośli do jabłek, więc Ulka poszła do sklepu, kupiła jabłko i dała chłopakom. Przygotowanie jabłka dla trzymiesięcznego mężczyzny to jednak żmudny proces i po pierwszej sesji jabłecznej przerzuciliśmy się na produkty gotowe.
Jako, że Iwo dostał wysypeczki na łokietkach, więc słoiczki z breją jabłkową, marchewkową i sokami wylądowały w lodówce. Lodówkę zaś mamy zepsutą, więc nie ustawałem w molestowaniu Ulki, by pozwoliła mi spałaszować te cudności.
Uległa i okazało się, ze wszystkie pulpy dla maciupków mają smak jabłka z marchewką i bananem. Najpyszniejszy jest mus jabłkowy. Lekko kwaśnawy, idealnie jedwabisty. Poezja po prostu, niestety w małym opakowaniu. Porażką natomiast kulinarną okazał się marchewka – mus marchewkowy z gipsem, tak bym określi smak. Okazuje się, że jest tam 70% marchewki i 30% ryżu. Pewnie to ryż nadaje produktowi posmak kanapki jedzonej w niewietrzonym pokoju podczas remontu generalnego.
sobota, stycznia 20, 2007
sobota, stycznia 13, 2007
Pierwsza krew
Zachciało mi się obcinać iwowe paznokcie po zmroku.
No i mimo rzęsistego oświetlenia spod sufitu razem z paznokciem obciąłem kawałek opuszka. Żeby było jasne - kawaląteczek skórki, tak mały, że Iwo nawet się nie popłakał. Podobnie jednak jak nos, opuszki są nieźle ukrwione. Na szczęście Malutek jeszcze nie wie, że prawdziwy mężczyzna na widok własnej krwi urządza wysokobudżetowe przedstawienie cyrkowe.
Potem chłopaki ćwiczyli leżenie na brzuchach. Szło im całkiem nieźle, choć ślinili się jak malutkie buldogi.
środa, stycznia 10, 2007
Bangalore
Książka to zbiór opowiadań. Większość z nich pointy nie ma, bardzo są też nierówne. Ale naprawdę sympatycznie się je czytało. Kilka wręcz świetnych.
Rutyna?
Mój typowy dzień wygląda mniej więcej tak:
6:00 ? dzwoni budzik
6:30 ? 7:00 krótka zabawa z kotką leżącą na pralce w łazience i prysznic
7:00 ? 7:30 robię herbatę, łóżko, czasami jem jogurt i przewijam chłopaków
7:30 ? 8:00 jadę do pracy, nie skręcając w lewo
8:00 ? 8:30 już w biurze ? sprawdzam stan danych w dla Europy Środkowej, Wschodniej Bliskiego i Środkowego Wschodu oraz Afryki (cokolwiek to znaczy)
ok. 11:00 - Coffee Heaven, najczęściej White Choco Mocha
ok. 13:00 - obiad, czasem Wook, czasem menora, czasem WFC, czasem McD, czasem Greenway, czasem Sphinx, czasem Fresco, czasem nic.
17:00 ? o pół godziny za późno wyruszam do domu, nie skręcając w lewo
17:30 ? 19:00 bawię się z chłopakami, kotami i ? ostatnio ? uczę hebrajskiego (zachęcam też Ulkę, bo w kupie raźniej, zwłaszcza, że zajęcia przy synagodze chwilowo przegrały z bliźniakami).
19:30 - kąpiel
20:15 - święty spokój, kolacja, TV
21:30 ? 22:00 ksiązki
22:30 ? 3:00 sen
3:00 ? 3:30 karmienie
3:30 ? 6:00 sen

