piątek, lipca 17, 2009

W końcu zacząłem biegać.

Znalazłem w sieci (a jakże) program treningowy, który zakłada stopniowe zwiększanie wysiłku aby po 10 tygodniach umożliwić przebiegnięcie 30 minut bez zatrzymywania się. Punktem początkowym jest bieg przez minutę, następnie cztery minuty marszu i tak przez pół godziny, trzy razy w tygodniu. Następnym krokiem jest wydłużenie biegu do dwóch minut i skrócenie marszu do trzech minut, i tak dalej aż zdołamy zbudować kondycję na ciągły trzydziestominutowy wysiłek.
Pierwszego dnia na Polu Mokotowskim ruszyłem z kopyta i uznałem, że znikomy wysiłek na pierwszym etapie ma otworzyć drogę do maratonu grubasom. Ja bez problemu galopowałem i galopowałem w nieskończoność. Nieskończoność trzyminutową. Druga seria była nieco bliższa założeniom programu, a minuta biegu z ostatniej serii trwała w nieskończoność.
Zakwasy miałem następnego dnia jak po słowackim winie, więc błogosławiłem twórcę mojego programu, że nie każe biegać codziennie. Kolejny dzień biegania skończył się bablęm na palcu – biegam bowiem w obuwiu trekkingowym. Na wspaniałem cushion, motion control ultra light buty Mizuno przyjdzie czas jeśli wytrwam w zamiarach przez miesiąc. Na razie życie kładzie kłody pod nogi roztacza na Warszawą monsunowe chmury i preriowe tornada.
Ponieważ moja próba kondycji i wytrwałości zbiegła się z podobną inicjatywą kolegów z pracy, więc mam nadzieję utrzymanie motywacji. Celem jest przebiegnięcie 26 września pięciu kilometrów lub owych trzydziestu minut.

Pobiegamy, zobaczymy