czwartek, października 12, 2006

Godzina P - 7

Już w poniedziałek Ulka zadzwoniła do mnie rano do pracy i powiedziała, żebym od teraz ZAWSZE odbierał telefony. Przekaz był jasny ? chłopaki byli już nie na horyzoncie ale za pasem.

Odbierałem przez cały tydzień ale żaden z nich nie był fałszywym alarmem. Prawdziwym też nie. Dopiero we czwartek ok. 17 Ulka napisała na gTalk, żebym już wracał do domu. Zbagatelizowałem to, bo zwykle na pół godziny przed końcem pracy dostaję od niej takie ponaglenia. Zwłaszcza, że czasami siedzę po 2-3 godziny dłużej niż ustawa nakazuje.

Kiedy jednak dojechałem do domu okazało się, że pierwsze symptomy właśnie się pojawiły. Poczułem lekki gorący powiew (jeszcze nie było to uderzenie gorąca), na razie jednak dosyć rzeczowo omawialiśmy kwestię ? jechać, niejechać. W końcu Ulka postanowiła zasięgnąć porady "niezależnego eksperta", bo byliśmy jeszcze na etapie obaw, że nas na Madalińskiego wyśmieją. "Niezależny ekspert" stanowczo zalecił wyjazd i sam na izbę przyjęć zawiózł.

Na izbie była parosobowa kolejka, ale na szczęście kobieta rodząca bliźniaki została wpuszczona bez kolejki. Lekarz zaczął od pytania o częstotliwość skurczów. Kiedy dowiedział się o 10 minutowym interwale uśmiechnął się i machnął ręką ?eee, to jeszcze dużo czasu Pani ma?. Zmienił jednak zdanie po informacji o podwójnej ilości rezydentów na wylocie.

W pośpiechu kupiłem sterylny garnitur i takież pantofle i pojechaliśmy na oddział położniczy. Tłem rejestracji i decyzji o wyborze indywidualnej sali porodowej były stłumione jęki kogoś rodzącego oraz szepty o "rzucawce w dwójce". Na szczęście sam oddział był czysty i pachnący...

Brak komentarzy: