poniedziałek, października 31, 2005

Tuberculosis ante portas.

Wybrałem się do przychodni, żeby wydębić leki na pozbycie się niedobitków indyjskiej anginy.
Pan doktor mnie obsłuchał, zajrzał w rózne otwory ciała i przepisał conieco.
Żeby mi jednak za wesoło nie było stwierdził, że jak przez tydzień jego medykamenty mi nie pomogą, to warto bedzie zrobić sobię próbę tuberkulinową.
Świetnie! Mnie, namiętnemu hipochondrykowi takie pomysły prezentować. Pojęcie o terapii gruźliczej mam zaczerpnięte z książki Grzesiuka "Na marginesie życia". Czyli medycyna z lat pięcidziesiątych. Aż mi ciarki przeszyły.
Ale luz - mamy XXI wiek i talię kart róznych ekskluzywnych prywatnych klinik, więc nie mam co się martwić na zapas.

sobota, października 29, 2005

Sklepik na rogu.

Kurczę, zawsze podśmiewałem się kiedy mama ekscytowała się katastrofami w dalekich krajach. A już zupełnie rozbrajające bywały sytuacje takie jak dzisiejsza - "och! byliście w Indiach, a teraz tam katastrofa kolejowa!"
Niemniej jednak dziwnie sie poczułem widząc narożny sklepik, w którym - jak pisałem w poprzednim poście - przekomarzałem się parę dni temu ze sprzedawcą kolorowych ciuchów.
Ech, ta globalizacja.
Z poczatku pomyślelismy z Ulką, że to pewnie fajerwerki, których niemożembne ilości sprzedawano na ulicach przed Diwali. W końcu indyjska dezynwoltura w połaczeniu z materiałami wybuchowymi jednoznacznie przywodziła na myśl kule ognia. Ale kiedy ginie kilkadziesiąt osób żartow się odechciewa.

Eee, ale już jesteśmy w nudnej, cichej i poukładanej Europie.
Z ktorej jak najszybciej chcę wracać do kolorow, zapachów i dźwieków Azji :) Posted by Picasa

BBC NEWS | World | South Asia | Indian capital hit by explosions

BBC NEWS | World | South Asia | Indian capital hit by explosions

Wybuch na Pahar Ganj miał miejsce na parterze budynku, w którym jedliśmy nasza ostatnią kolację w Indiach tuż przed wylotem.

Na rogu, który widać na zdjęciu siedział koleś, który codziennie zapraszał do siebie na zakupy, a ja codziennie zapewniałem, że jutro wpadnę.

piątek, października 28, 2005

Lonely Planet Comet

Nothing can fully prepare you for India, but perhaps the one thing that best encapsulates this extraordinary country is its ability to inspire, frustrate, thrill and confound all at once. India is one of the planet's most multidimensional countries, presenting a wildly diverse spectrum of travel encounters.

Some of these can be challenging, particularly for the first-time visitor: the poverty is confronting, Indian bureaucracy can be exasperating and the crush of humanity sometimes turns the simplest task into an energy-zapping battle...

czwartek, października 27, 2005

Zaczynam tęsknić.



Tydzien temu jechalem z Ulka riksza na Chadni Chowk.
Teraz telepie sie 138 przez wyboje Alei Zielenieckiej.
Juz tesknie za Indiami. Bardzo.
Pierwsze pare dni w pracy nie daly czasu na wspomnienia. Ale kiedy po pracy czekalem na autobus nastawilem sobie muzyke z Monsunowego wesela, ktora nakrecalem sie przed urlopem. Zachrypniety i przesterowany glos Kishore Kumara od razu przeniosl mnie do rikszy przedzierajacej sie przez zatloczone ulice Varanasi.
Ulka z lekkim zawodem w glosie powiedziala, ze wyobrazala sobie ze muzyka bedzie tu grala na okraglo, a slyszymy tylko (tylko?) ruch uliczny.W tej samej chwili z porozwieszanych na slupach glosnikow w ksztalcie patefonowych tub ryknela muzyka, a ulica rozblysla setkami lampek porozwieszanych nad jezdnia.
No i po raz kolejny pokochalismy dom wariatow z miliardem wynedznialych, niesamowicie halasliwych, natretnych i wscibskich ale wiecznie usmiechnietych pacjentow.


wtorek, października 25, 2005

Depresja pourlopowa

Ech, roboty mnóstwo.

Po raz kolejny uświadomiłem sobie, że informatyka to nie jest zajęcie dla mnie. Magistrem trzeba zostać, skończyć ulkowe studia redaktorskie i zacząć uprawiać wolny zawód.

Pewnie tę myśl jeszcze rozwinę

niedziela, października 23, 2005

Drugi dzień po urlopie.

Do Kielc jechaliśmy z prędkością światła Renault Modusem.
Liczyłem, że wraz z wyjazdem z Indii wyrwę się ze szponów szaleńców za kieronicą. Jakże się przeliczyłęm. Dobrze, że tylko raz wyprzedzaliśmy na trzeciego. Jedynym miłym akcentem drogi do Kielc był zestaw z WieśMakiem.

O 3:15 w nocy dostałem dreszczy i gorączki. W efekcie 3/4 niedzieli przeleżałem pod kocem przed telewizorem. Kiedy mi się nieco poprawiło kupiłem w Realu Silent Huntera II, a w MediaMarkcie Ił2Szturmowik.

Na obiad były bitki z kaszą gryczaną gotowaną na parze i sałatą z vinegretem. Do tego czerwone wino, trochę gorzkawe - Lovico.

wtorek, października 18, 2005

Puszkar, Rajastan, Indie - dzień nie wiem który.

Dzień zaczął sie jeszcze wczoraj.
Okolo jedenastej zamówiłem w hotelu "special lassi". Lassi to zmiksowany jogurt do którego dodaje sie banana, cytrynę itp. "Special" to mieszanka przypraw i konopi. Niestety do mojego dodano raczej jakieś psychotropy.

No i mialem calonocny przerażający zjazd. Na szczęście Ola miala doświadczenie w wyciąganiu ze stanu kompletnego zamroczenia, bo nie wiem jak by sie noc potoczyla. Z pewnością byla najbardziej przerażającymi 6 godzinami jakie pamiętam w życiu.
Resztę dnia spędziłem na tostach z nutella, banana pankejkach i lekturze "Cieniu wiatru".


Kiedy odpocząłem zrobiłem pranie, a przy kolacji obserwowaliśmy z Ulka pogan kąpiących sie na ghatach w Puszkarze przy wtórze bębnienia, mantr z przesterowanych głośników i jakiego bełkotu kaplanow.
W restauracji na dachu kierownik okrapial woda święcona taras, potem go okadził trociczkami i costam zrobił z chochołami pod sufitem.
Ależ tu mnóstwo izraelskich laseczek ;)

sobota, października 08, 2005

India No Problem

Powinienem wrzucac relacje codziennie, bo dzieje sie tyle, ze polowe
zapominam niemal od razu.

Ale chyba bede spisywal wrazenia analogowo, a potem wklepie do bloga.
Po prostu szkoda czasu na siedzenie w kafejkach internetowych. Zresztą
kazdemu sie wydaje, ze pobyt w Indiach zasluguje od razu na
internetowe relacji. Niekoniecznie.


Co by jednak ne mowic, to sporo spostrzezen, ktore widywałem na

stronach internetowych i wydawaly mi sie banalami okazalo sie
nadzwyczaj prawdziwymi.
Wyjatkiem jest "Indie kraj kontrastow". Tu nie ma kontrastow. Wszedzie
syf, zgielk i upal.

Oj, bedzie o czym pisac, bedzie :)

wtorek, października 04, 2005

Teleportacja.

Spotkanie ustaliliśmy sobie na 9:30 pod popiersiem Chopina przed halą odlotów. Paweł trochę jojczył, że nie wie gdzie to popiersie stoi, ale powiedziałem że ja też nie wiem, jestem jednak pewien, że jest tylko jedno, więc na pewno się znajdziemy.

Przed check-in dokupiłem jeszcze Kropelkę, żeby dokleić proporczyk z polską flagą na klapę plecaka. Kolejne zakupy zrobiliśmy w strefie wolnocłowej. Oczywiście kupowaliśmy alkohol. Nie, żebyśmy byli pijakami. Skądże znowu! Kupowaliśmy alkohol w celach leczniczych, nic sobie nie robiąc z informacji, którą Ola zaczerpnęła z plakatu w przychodni chorób tropikalnych na Wolskiej: "Picie alkoholu nie chroni przed chorobami tropikalnymi!".


Wielce się ciesząc z cen obowiązujących przy opuszczaniu obszaru celnego Unii Europejskiej kupiliśmy, co następuje:

- Goldwasser (jak się okazało strzał w dziesiątkę)

- J & B (Paweł wybrał Jamesona i to też była dziesiątka)

- Bacardi (Ulka łoiła z gwinciarka do samego końca pobytu)

- Piołunówkę (gorzki smak utrudniał przyjęcie standardowej dawki leczniczej ? ćwierć kubka)

Lot do Moskwy minął bez sensacji. Siedzieliśmy co prawda przy butlach z tlenem nieopodal silników, więc pobliskie wyjście awaryjne i tak by się nie przydało, ale jakoś niewygoda Tu-154M przytłoczyła moje katastroficzne wizje eksplozji w powietrzu.

Pierwsze objawy egzotyki zaczęły się na Szeremietiewie. Trudno nie wspomnieć o piórach Mont Blanc za półtora tysiąca Euro, czy jeszcze droższych zegarkach na wystawach Moscow Duty Free Shops. Co jednak ważniejsze to zaczęli pojawiać się pierwsi przedstawiciele świata travellersów.

Na schodach przed naszym gate siedziało towarzystwo wyglądające jakby z Indii wracało. Podstarzały hippis w zniszczonych ciuchach z India-shopu, panna ubrana w suit ? codzienny strój Hindusek oraz para Polaków w polarach GOPRu z niewielkimi wspinaczkowymi plecakami szturmowymi na plecach.

Kiedy zaczęła formować kolejka do boardingu kolorowych hinduskich strojów zaczęło przybywać. Już na pokładzie Iła-86 zauważyliśmy drużynę bokserską juniorów w klubowych marynarkach.

Wojtek na ich widok stwierdził:

- Wiecie co? Do najbardziej spektakularnych katastrof lotniczych dochodzi zazwyczaj udziałem drużyn sportowych J

Ha! A ja właśnie pogrążony byłem we wspomnieniach katastrofie Iła-62 ?Kopernik?, w której zginęli bokserzy-juniorzy z USA.

Ale co tam! Mamy na pokładzie wielgachnego psa z uszami owiniętymi bandażem dla ochrony przed hałasem, mamy parę okrąglutkich, brodatych mnichów w pomarańczowych szatach. Panowie brodacze będą przez całą podróż rysowali na karteluszkach tajemnicze geometryczne wzory.


Zjadłem jedzenie wegetariańskie.

Przez okna w nocy widzieliśmy burzę z niesamowitymi błyskawicami rozświetlającymi chmury na horyzoncie. Pod nami przesunął się Taszkient ? wyglądał przepięknie ? jak stos rozświetlonych diamentów. Pod koniec Delhi ? tu z kolei proste długie ulice z wielkimi okręgami Connaught Place po środku.

Po wylądowaniu zaskakująco szybka odprawa i lądujemy przy budkach z transportem do miasta ? autobusy, pre-paid taxi, limuzyny i licho wie co jeszcze. Kombinujemy, kombinujemy i w końcu olewamy ofertę transportową i ruszamy w kierunku wyjścia.

Pobyt zaczynamy od wizyty w toalecie. Musieliśmy się trochę nagadać z panem klozetowym żeby się wkręcić za darmo.

No i wreszcie wychodzę z klimatyzowanego dworca lotniczego na lepki upał Delhi. Jest 2 w nocy, 27 stopni. W powietrzu unosi się zapach marihuany, wokoło walają się wieńce pomarańczowych nagietków, a na parkingu same stare Marutti Ambasador. Dokładnie tak wyobrażałem sobie Indie. Nieopodal wejścia śpią pokotem rikszarze, konduktor we wraku autobusu, którym jedziemy na Pahar Ganj jest brodatym sikhiem w wielkim turbanie, a sama autobus zamiast szyb ma kraty.

W autobusie poznajemy parę Rosjan w średnim wieku i bez bagażu. Zaczynają się też w nas wgapiać Hindusi. Skończą dopiero po wyjściu z powrotnego samolotu w Moskwie.