Spotkanie ustaliliśmy sobie na 9:30 pod popiersiem Chopina przed halą odlotów. Paweł trochę jojczył, że nie wie gdzie to popiersie stoi, ale powiedziałem że ja też nie wiem, jestem jednak pewien, że jest tylko jedno, więc na pewno się znajdziemy.
Przed check-in dokupiłem jeszcze Kropelkę, żeby dokleić proporczyk z polską flagą na klapę plecaka. Kolejne zakupy zrobiliśmy w strefie wolnocłowej. Oczywiście kupowaliśmy alkohol. Nie, żebyśmy byli pijakami. Skądże znowu! Kupowaliśmy alkohol w celach leczniczych, nic sobie nie robiąc z informacji, którą Ola zaczerpnęła z plakatu w przychodni chorób tropikalnych na Wolskiej: "Picie alkoholu nie chroni przed chorobami tropikalnymi!".
Wielce się ciesząc z cen obowiązujących przy opuszczaniu obszaru celnego Unii Europejskiej kupiliśmy, co następuje:
- Goldwasser (jak się okazało strzał w dziesiątkę)
- J & B (Paweł wybrał Jamesona i to też była dziesiątka)
- Bacardi (Ulka łoiła z gwinciarka do samego końca pobytu)
- Piołunówkę (gorzki smak utrudniał przyjęcie standardowej dawki leczniczej ? ćwierć kubka)
Lot do Moskwy minął bez sensacji. Siedzieliśmy co prawda przy butlach z tlenem nieopodal silników, więc pobliskie wyjście awaryjne i tak by się nie przydało, ale jakoś niewygoda Tu-154M przytłoczyła moje katastroficzne wizje eksplozji w powietrzu.
Pierwsze objawy egzotyki zaczęły się na Szeremietiewie. Trudno nie wspomnieć o piórach Mont Blanc za półtora tysiąca Euro, czy jeszcze droższych zegarkach na wystawach Moscow Duty Free Shops. Co jednak ważniejsze to zaczęli pojawiać się pierwsi przedstawiciele świata travellersów.
Na schodach przed naszym gate siedziało towarzystwo wyglądające jakby z Indii wracało. Podstarzały hippis w zniszczonych ciuchach z India-shopu, panna ubrana w suit ? codzienny strój Hindusek oraz para Polaków w polarach GOPRu z niewielkimi wspinaczkowymi plecakami szturmowymi na plecach.
Kiedy zaczęła formować kolejka do boardingu kolorowych hinduskich strojów zaczęło przybywać. Już na pokładzie Iła-86 zauważyliśmy drużynę bokserską juniorów w klubowych marynarkach.
Wojtek na ich widok stwierdził:
- Wiecie co? Do najbardziej spektakularnych katastrof lotniczych dochodzi zazwyczaj udziałem drużyn sportowych J
Ha! A ja właśnie pogrążony byłem we wspomnieniach katastrofie Iła-62 ?Kopernik?, w której zginęli bokserzy-juniorzy z USA.
Ale co tam! Mamy na pokładzie wielgachnego psa z uszami owiniętymi bandażem dla ochrony przed hałasem, mamy parę okrąglutkich, brodatych mnichów w pomarańczowych szatach. Panowie brodacze będą przez całą podróż rysowali na karteluszkach tajemnicze geometryczne wzory.

Zjadłem jedzenie wegetariańskie.
Przez okna w nocy widzieliśmy burzę z niesamowitymi błyskawicami rozświetlającymi chmury na horyzoncie. Pod nami przesunął się Taszkient ? wyglądał przepięknie ? jak stos rozświetlonych diamentów. Pod koniec Delhi ? tu z kolei proste długie ulice z wielkimi okręgami Connaught Place po środku.
Po wylądowaniu zaskakująco szybka odprawa i lądujemy przy budkach z transportem do miasta ? autobusy, pre-paid taxi, limuzyny i licho wie co jeszcze. Kombinujemy, kombinujemy i w końcu olewamy ofertę transportową i ruszamy w kierunku wyjścia.
Pobyt zaczynamy od wizyty w toalecie. Musieliśmy się trochę nagadać z panem klozetowym żeby się wkręcić za darmo.
No i wreszcie wychodzę z klimatyzowanego dworca lotniczego na lepki upał Delhi. Jest 2 w nocy, 27 stopni. W powietrzu unosi się zapach marihuany, wokoło walają się wieńce pomarańczowych nagietków, a na parkingu same stare Marutti Ambasador. Dokładnie tak wyobrażałem sobie Indie. Nieopodal wejścia śpią pokotem rikszarze, konduktor we wraku autobusu, którym jedziemy na Pahar Ganj jest brodatym sikhiem w wielkim turbanie, a sama autobus zamiast szyb ma kraty.
W autobusie poznajemy parę Rosjan w średnim wieku i bez bagażu. Zaczynają się też w nas wgapiać Hindusi. Skończą dopiero po wyjściu z powrotnego samolotu w Moskwie.