Nie pamiętam od jak dawna nosiliśmy się z zamiarem kulinarnej wyprawy dla twardzieli na Stadion X-lecia.
W zamierzeniu chcieliśmy potwierdzić pogłoski o wietnamskich barach z oryginalnym jedzeniem, w których obsługa nie mówi ani słowa po polsku (żadne tam "kuciak w ciecie na otro"), a gros klientów to Wietnamczycy.
Już zaczynałem się bać, że zanim się zbierzemy z tą wycieczką Stadion zostanie zlikwidowany.
Aż u nagle okazało się, że mojej ultrskorporacji pracuje panna, kóra z lubością obżera się w takim właśnie barze. Część delikatesików stanowczo odmówiła zjadania "gołębi i psów" (żart tak oklepany i banalny, że już nie czuję nawet zażenowania słysząc go po raz 8726387123).
Kiedy wysiedliśmy z autobusu przy wschodnim wejściu na Stadion natychmiast poczułem się jak na targowisku w Trzecim Świecie. Zgraje handlarzy, smród, śmieci i wrzaskliwa muzyka. Po chwili przyczepia się do nas Cyganka z propozycja wróżby. Od wróż to my may Demand Planning cubes ;)
W końcu docieramy do wstrętnej budy, w kótrej mieści się bar Ha Kiam (czy coś podobnego). O dziwo nie śmierdzi,, roznosi się jedynie intensywny zapach palonego oleju arachidowego, smażonego na nim czosnku i nadpsutych ryb. Ten ostatni zapewne od sosu rybnego, który przygotowuje się podobnie jak u nas kiszone ogórki, tyle że - oczywiście - ogórki zastępowne są przez ryby.
Nie jest natomiast zaskoczeniem ogólny stan higieny. Wszystk się lepi i przywołuje na myśl toalety z Dworca Wschodniego, te na Centralnym są nieporównanie czystsze.
Jedzenie wynagradza jednak wszelkie negatywne doznania, których doświadczyliśmy po wyjściu z autobusu. Za osiem złotych dostajemy kup ryżu, plaster wędzonejryby, kilka krewetek trzy rodzaje smażonego mięsa, marynowane orzeszki ziemne, coś białego, nuac cham i suszoną rybę przypominającą nadpalonegoo xenomorpha.
PYSZNE.

W zamierzeniu chcieliśmy potwierdzić pogłoski o wietnamskich barach z oryginalnym jedzeniem, w których obsługa nie mówi ani słowa po polsku (żadne tam "kuciak w ciecie na otro"), a gros klientów to Wietnamczycy.
Już zaczynałem się bać, że zanim się zbierzemy z tą wycieczką Stadion zostanie zlikwidowany.
Aż u nagle okazało się, że mojej ultrskorporacji pracuje panna, kóra z lubością obżera się w takim właśnie barze. Część delikatesików stanowczo odmówiła zjadania "gołębi i psów" (żart tak oklepany i banalny, że już nie czuję nawet zażenowania słysząc go po raz 8726387123).
Kiedy wysiedliśmy z autobusu przy wschodnim wejściu na Stadion natychmiast poczułem się jak na targowisku w Trzecim Świecie. Zgraje handlarzy, smród, śmieci i wrzaskliwa muzyka. Po chwili przyczepia się do nas Cyganka z propozycja wróżby. Od wróż to my may Demand Planning cubes ;)
W końcu docieramy do wstrętnej budy, w kótrej mieści się bar Ha Kiam (czy coś podobnego). O dziwo nie śmierdzi,, roznosi się jedynie intensywny zapach palonego oleju arachidowego, smażonego na nim czosnku i nadpsutych ryb. Ten ostatni zapewne od sosu rybnego, który przygotowuje się podobnie jak u nas kiszone ogórki, tyle że - oczywiście - ogórki zastępowne są przez ryby.
Nie jest natomiast zaskoczeniem ogólny stan higieny. Wszystk się lepi i przywołuje na myśl toalety z Dworca Wschodniego, te na Centralnym są nieporównanie czystsze.
Jedzenie wynagradza jednak wszelkie negatywne doznania, których doświadczyliśmy po wyjściu z autobusu. Za osiem złotych dostajemy kup ryżu, plaster wędzonejryby, kilka krewetek trzy rodzaje smażonego mięsa, marynowane orzeszki ziemne, coś białego, nuac cham i suszoną rybę przypominającą nadpalonegoo xenomorpha.
PYSZNE.


