piątek, sierpnia 19, 2005

Wietnam w Warszawie.


Nie pamiętam od jak dawna nosiliśmy się z zamiarem kulinarnej wyprawy dla twardzieli na Stadion X-lecia.
W zamierzeniu chcieliśmy potwierdzić pogłoski o wietnamskich barach z oryginalnym jedzeniem, w których obsługa nie mówi ani słowa po polsku (żadne tam "kuciak w ciecie na otro"), a gros klientów to Wietnamczycy.

Już zaczynałem się bać, że zanim się zbierzemy z tą wycieczką Stadion zostanie zlikwidowany.
Aż u nagle okazało się, że mojej ultrskorporacji pracuje panna, kóra z lubością obżera się w takim właśnie barze. Część delikatesików stanowczo odmówiła zjadania "gołębi i psów" (żart tak oklepany i banalny, że już nie czuję nawet zażenowania słysząc go po raz 8726387123).

Kiedy wysiedliśmy z autobusu przy wschodnim wejściu na Stadion natychmiast poczułem się jak na targowisku w Trzecim Świecie. Zgraje handlarzy, smród, śmieci i wrzaskliwa muzyka. Po chwili przyczepia się do nas Cyganka z propozycja wróżby. Od wróż to my may Demand Planning cubes ;)

W końcu docieramy do wstrętnej budy, w kótrej mieści się bar Ha Kiam (czy coś podobnego). O dziwo nie śmierdzi,, roznosi się jedynie intensywny zapach palonego oleju arachidowego, smażonego na nim czosnku i nadpsutych ryb. Ten ostatni zapewne od sosu rybnego, który przygotowuje się podobnie jak u nas kiszone ogórki, tyle że - oczywiście - ogórki zastępowne są przez ryby.

Nie jest natomiast zaskoczeniem ogólny stan higieny. Wszystk się lepi i przywołuje na myśl toalety z Dworca Wschodniego, te na Centralnym są nieporównanie czystsze.

Jedzenie wynagradza jednak wszelkie negatywne doznania, których doświadczyliśmy po wyjściu z autobusu. Za osiem złotych dostajemy kup ryżu, plaster wędzonejryby, kilka krewetek trzy rodzaje smażonego mięsa, marynowane orzeszki ziemne, coś białego, nuac cham i suszoną rybę przypominającą nadpalonegoo xenomorpha.

PYSZNE.

Posted by Picasa

czwartek, sierpnia 18, 2005

Znowu braki.

Niewyobrażalnie długo nic nie pisałem.
Raz, że czasu nie było, dwa że litera "ś" powodowała wywalenie strony i straciłem ochotę na użeranie się z interfejsem.
No, ale może reaktywuję tę pisaninę, choć po tak długie przerwie czytelników już zapewne nie mam.

Korporacyjna codzienność wessała mnie kompletnie, ale przynjamniej zarobiłem (precyzyjnie - Ulka zarobiła, a ja przestaem być darmozjadem) na śliczny samochód.
Zaczynam wkładać nieco energii w przygotowania wyjazdu do Indii. Polega to głównie na wypisywaniu miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć, a przy tym ich lokalizacja daje nadzieję na dotarcie tam podczas naszego pobytu. Cały czas zastanawiam się nad tym, czy uda się wybrać do jakiegoś parku narodowego, żeby zobaczyć żyjące na wolności tygrysy.

Oprócz tego powoli wracam do pisania pracy magisterskiej, choć teraz idzie mi to znacznie trudniej niż kiedy nie miałem jeszcze pracy. Jako wzoru pracowitości używam samonych matek wychowujących dziecko, zarabiających na utrzymanie i w dodatku ślęczocych po nocach nad książkami.