sobota, grudnia 12, 2009

Desant z Bombaju


Parę tygodni temu prosiłem Tomka o przywiezienie paru filmów. Dałem mu dosyć ogólne wytyczne - bez Big B, chętnie natomiast z Dharmendrą, coś gangsterskiego z lat 70, koniecznie Nagin. Tomek ma w firmie imiennika, więc prośba zanim została przeforwardowaną stała się nieco spóźniona, bo wyjazd dobiegał końca. Ale na częściej tydzień później do Polski wybierała się Swati, z którą współpracuje Tomek. Swati w związku ze swoim wyjazdem czasu nie miała więc poprosiła Poonam o przysługę. No i jak to w między Hindusami, umiar został w tym momencie stracony.
Poonam tak podekscytowała wizja fanatyka Bollywood w dalekiej Polsce, że w bombajskim EMPiKu popłynęła na całego. W efekcie Swati musiała w walizce upychać 18 płyt, których ja z kolei nie mam gdzie umieścić.

Ale zawartość mają smakowitą.

piątek, lipca 17, 2009

W końcu zacząłem biegać.

Znalazłem w sieci (a jakże) program treningowy, który zakłada stopniowe zwiększanie wysiłku aby po 10 tygodniach umożliwić przebiegnięcie 30 minut bez zatrzymywania się. Punktem początkowym jest bieg przez minutę, następnie cztery minuty marszu i tak przez pół godziny, trzy razy w tygodniu. Następnym krokiem jest wydłużenie biegu do dwóch minut i skrócenie marszu do trzech minut, i tak dalej aż zdołamy zbudować kondycję na ciągły trzydziestominutowy wysiłek.
Pierwszego dnia na Polu Mokotowskim ruszyłem z kopyta i uznałem, że znikomy wysiłek na pierwszym etapie ma otworzyć drogę do maratonu grubasom. Ja bez problemu galopowałem i galopowałem w nieskończoność. Nieskończoność trzyminutową. Druga seria była nieco bliższa założeniom programu, a minuta biegu z ostatniej serii trwała w nieskończoność.
Zakwasy miałem następnego dnia jak po słowackim winie, więc błogosławiłem twórcę mojego programu, że nie każe biegać codziennie. Kolejny dzień biegania skończył się bablęm na palcu – biegam bowiem w obuwiu trekkingowym. Na wspaniałem cushion, motion control ultra light buty Mizuno przyjdzie czas jeśli wytrwam w zamiarach przez miesiąc. Na razie życie kładzie kłody pod nogi roztacza na Warszawą monsunowe chmury i preriowe tornada.
Ponieważ moja próba kondycji i wytrwałości zbiegła się z podobną inicjatywą kolegów z pracy, więc mam nadzieję utrzymanie motywacji. Celem jest przebiegnięcie 26 września pięciu kilometrów lub owych trzydziestu minut.

Pobiegamy, zobaczymy

środa, marca 04, 2009

Początek poranka

Zależnie od tego, które z nas odbiera chłopki ze szkoły nasza poranna rutyna nieco się różni.
Jeśli odbieram ich ja (czyli we wtorki i czwartki), to zostawiamy Gucia w uliczce na tyłach kamienicy, w której mieści się żłobek i ruszamy w parominutowy spacer do stacji metra Racławicka. Czasami musimy kupić w kiosku bilety dwudziestominutowe za 2 zlote, ponieważ tylko ja mam bilet miesiączny (wiąże się z nim historyjka z - a jakże - roztargnieniem w roli głównej).

W pół do ósmej w metrze jest oczywiście tłok iście japoński, możemy za to poczytać sobie urywki porannych wiadomości na ekranach ciekłokrystalicznych, kórych kilka zamontowano w każdym wagonie. Oczywiście wiadomości mają jedynie zareklamować poranne gazety, więc wprowadzają jedynie suspens, a nie informacje. Niestety większość z nich pochodzi ze szmatławej Wyborczej, której od dłyuższego czasu nie kupuję, ani nawet nie wchodzę na ich stronę aby nie nabijać kliknięć.

Na stacji Centrum Ulka wbija się w tłum przy schodach ruchomych a ja ruszam w stronę PKiNu.