piątek, grudnia 22, 2006

Grom na kawie

Od czasu do czasu bywamy z kumplem z pracy na kawie w Coffee Heaven na parterze Rondo One. Zauważyliśmy ostatnio, że pod budynkiem parkuje często czarny Jeep Commander. Specyficznego uroku dodaje my rejestracja WO GROM i wysoki, krótko ostrzyżony koleś za kierownicą. Sporo czasu spędzamy na jałowych rozważaniach, czyja to limuzyna i jak bardzo znudzony musi być żołnierz Gromu wożący tyłek jakiegoś ważniaka.
Ale żona żołnierza na pewno sobie chwali taka odmianę w życiu rodzinnym ? zapewne wizja męża pod Rondo One jest lepsza od wizji męża w Zielonej Strefie.

wtorek, grudnia 19, 2006

Płukanie

Wczoraj Ulka wybrała się na Babel. Grają tam Brad Pitt i Cate Blanchett. Ja zostałem na wieczór z chłopakami. Trochę już ich znam, więc nie miałem zbyt ambitnych planów. Ot, ugotować sobie na następny dzień obiad. Minimalistyczny ? dal tadka i ryż. Naprawdę minimalistyczny:
Opłukać i ugotować ryż, opłukać i ugotować soczewicę. Podsmażyć na ghee czarną gorczycę, kmin, czosnek, imbir i liście curry. Razem roboty na kwadrans - bo ryżu i soczewicy nawet mieszać nie trzeba.

Przez trzy godziny zdołałem jedynie wypłukać ryż. Ech, bliźniaki.

Kolega przy biurku obok właśnie planuje podróż służbową na początek stycznia. Tournee szkoleniowe ? Stambuł, Bukareszt, Frankfurt, Dubaj, Genewa. W każdym mieście dwa ? trzy dni, bez powrotu do Polski. Niezły ma rebus.
Nieustannie żałuje olania tego assignmentu, ale bliźniaki chyba by Ulkę zamęczyły gdybym ją zostawił z nimi samą.
O! Na trasie przybył Sztokholm ? na samym początku, przed Stambułem.

czwartek, grudnia 07, 2006

Prawdziwa twarz urzędów

Strasznie to demaskatorsko zabrzmiało, a niepotrzebnie.
Wiem, wiem mam klawisz "Del", ale jednak nie skorzystam, może sensacyjny tytuł skusi jakiegoś web-surfera i powiększy moje (nieistniejące na razie) dochody z AdSense.

Do rzeczy. Odebrałem wreszcie prawo jazdy.
Pierwsze podejście nastąpiło we wtorek. Zadzwoniłem w poniedziałek do urzędu, który mimo że ma całkiem rozbudowaną stronę internetową, nie umieścił na niej godzin przyjmowania interesantów. Przez telefon sympatyczna urzędniczka poinformowała, że pracują do 18:00.

Ucieszony, że prawo jazdy już mam już w połowie kieszeni we wtorek pożyczyłem od kolegi z pracy kartę parkingową i odebrałem krótkie szkolenie jak dojechać z domu na firmowy parking bez skręcania w lewo na dużym skrzyżowaniu. Strasznie podekscytowany pojechałem na Wiktorską. A na Wiktorskiej pocałowałem ochroniarza w klamkę. Wirtualnie pocałowałem, bo nie otworzył mi nawet dźwiękoszczelnych drzwi, kiedy odpowiadał na moje pytania. Okazało się, że pracują do 18:00 ale w poniedziałki. Ponieważ w poniedziałek zapytałem, więc dostałem poniedziałkową odpowiedź. Sam jestem sobie winny.

Drugie podejście zaliczyłem dziś ? we czwartek. Tym razem sukces. Wchodzę do pomieszczenia z czterema okienkami, w jednym siedzi biurewka i wypełnia jakieś formularze pod osłoną tabliczki okienko nieczynne. Olewając tabliczkę chciałem się upewnić, że mam wystarczające środki i materiały do odbiory długo wyczekiwanego dokumentu. Ale biurewka odszczekuje, że okienko nieczynne. Pozostałem trzy są puste?

Od urodzenia chłopaków, a i jeszcze przed nim trochę się po urzędach pouganiałem. Bezustannie zaskakiwały mnie uprzejmością pracowników. Dobrze, że w końcu ktoś sprowadził mnie z powrotem do parteru.

W końcu jednak prawo jazdy odebrałem. Faszyści co prawda ograniczyli mi jego ważność do 10 lat, ale co tam. Zapewne winne są okulary, jakby tym bez wady wzroku oczy się nie psuły. Wydaje się wręcz, że okularnicy są bardziej świadomi swoich ograniczeń i od czasu do czasu u okulisty bywają, więc pogłębianie się wady wzroku raczej nie umknie ich uwagi.

No, nic. Dziś poszaleję po parkingu (

czwartek, listopada 30, 2006

Flajtsymulatorek

Właściwie to czasu na symulatanie zabrakło mi jeszcze przed przybyciem chłopaków, ale sentyment do FSa mam nadal i jak tylko życie nam się unormuje to znowu zacznę sobie polatam.

A na razie to nawet na oglądanie filmów czasu nie starcza :(


poniedziałek, listopada 27, 2006

Ogłoszenia

Z braku czasu podam suche fakty z ostatnich dni:

  • 20 listopada, poniedziałek - zdałem egzamin na prawo jazdy. Sam dokument dostane nieprędko ze względu na strajk listonoszy. Już co prawda zakończony, ale teraz czas na nadrabianie zaległości.
  • 24 listopada, piątek - zostawiliśmy chłopaków i poszliśmy na J. Bonda. Mało bondowy ale fantastyczny. Poza tym - najdłuższy chyba w tej chwili film w warszawskich kinach. Więc i odpoczynek - zwłaszcza dla Ulki całą gębą. W kinie mieliśmy dodatkowe, rasistowskie emocje. Siedziała obok nas grupa Arabów i płynąc z mainstreamem rozważałem, czy zamierzają się wysadzić, czy urządzić Dubrowkę. Stawiałem na hostage situation, ponieważ szahidzi mają zazwyczaj grube ubrania i raczej działają w pojedynkę. No, ale żyjemy.
  • codziennie - chłopaki dużo płaczą i pokrzykują, czasem wydają zabawne odgłosy, a czasem śpią. W każdym razie niewiele czasu zostawiają nam, a zwłaszcza Ulce :(
  • jeszcze jakieś wydarzenia, ale nie pamiętam jakie. Jeżeli sobie przypomne to napiszę

czwartek, listopada 23, 2006

Gwiezdne Wojny

Od mniej więcej pierwszego tygodnia życia Kacper wygląda jak Nien Nunb.

Tak mi się przypomniało.

środa, listopada 22, 2006

Chybotki

Chłopaki zaczęli podnosić głowy. Na razie wygląda to dosyć zabawnie, główki chwieją im się bowiem na wszystkie strony jak samochodowym pieskom. Cieszy jednak nowa umiejętność, zwłaszcza że używają jej do poznawania świata (świata? naszego pokoju co najwyżej). Rozglądają się na prawo i lewo, a że otoczenie dosyć nudne, więc szybko zaczynają narzekać.

Oprócz tego kąpiemy, karmimy, poimy i w ogóle rodzicujemy na całego. Zwłaszcza Ulka ? w końcu na nią spada 80% wysiłku opiekuńczego. Wczoraj w dodatku się podziębiła i dociągnęła do 39C. Ja przy takiej temperaturze wymagałbym lotniczej ewakuacji medycznej, a Moja Dzielna i Kochana Ulka stała się jedynie nieco małomówna.

wtorek, listopada 21, 2006

Jak to jest być Hindusem?

W mojej firmie pracują ludzie z całego świata - od Rumunów i Ukraińców, przez Niemców, Hiszpanów i Amerykanów aż po Wenezuelczyków i Filipińczyków. Żeby ogarnąć ich dziwactwa co jakiś czas organizujemy spotkania, na których owi mniej lub bradziej egzotyczni koledzy opowiadają o swoich krajach.

W tym tygodniu będzie prelekcja "Jak to jest być Hindusem". Zapewne nie dowiemy się tego, o czym pisze Travelling Tim. A warto przewinąć całą stronę. Najlepsze jest to, że najbardziej nawet dziwaczne spostrzeżenia są prawdziwe.

Eeeech

To wszystko nie przeszkadza mi studiować podręcznika kulinarnego Julie Sahni.

piątek, listopada 17, 2006

Początki indoktrynacji

Początki indoktrynacji
Zgodnie z moimi zamierzeniami zaczęliśmy czytać chłopakom do poduszki Biblię. Reagują różnie, czasem słodko zasypiają, czasem wrzeszczą jakby szatan w nich wstąpił. W każdym razie jednak mamy nadzieję, że stworzenie codziennej rutyny pomoże im w zasypianiu, a nam w oglądaniu wieczornych filmów.

Wadą Biblii jako usypiającej książki jest to, że styl zachęca do przyjmowania kaznodziejskiej maniery w czytaniu. Niektóre fragmenty zaś wręcz zmuszają do przechodzenia do pełnego ekspresji krzyku. Na szczęście bywają też księgi, zawierające dane genealogiczne. Przy nich nawet ja jestem na granicy zaśnięcia.


wtorek, listopada 14, 2006

Powrót

No i wróciłem do pracy.

Pierwszy dzień zaczął się od sprawdzania czy mam podkrążone z niewyspania oczy. Nie mam, ale to głównie zasługa Ulki, która przejmuje najbardziej beznadziejne przypadki niezasypiania chłopaków. Najczęściej pierwszego histeryka IV RP - Iwa.

Mimo wszystko z początku czułem się w pracy jak po przebudzeniu z letargu. Zarówno z niedospania jak i z powodu odstawienia od tej małpiarni na miesiąc. Jednak już drugiego dnia ? dzisiaj ? jako tako sobie radzę. Mam sporo do nadrobienia, a i nowych rzeczy przybywa z każdą nieomal godziną.

Biuro po powrocie przywitało mnie nowym piętrem, wielkim biurkiem z jasnego drewna oraz pastelowymi kolorami - pistacjowym, łososiowym i błękitnym. Wszystko jest kreatywne i rzęsiście oświetlone. Aż się chce zapieprzać od świtu do zmierzchu, a w zimie nawet dłużej.

Do takiego zresztą zachowania niektórzy mnie zachęcają, sam jednak nie upatruję w biurze azylu od naszych Wrzaskunów. Mimo wszystko wolę być z Ulką, kotkami i chłopakami.

czwartek, listopada 09, 2006

Zmywanie


Właśnie skończyłem zmywać po śniadaniu i porannej kawie. Dwa talerze, dwie filiżanki z podstawkami, parę sztućców i dwie butelki maluchów. Ulka akurat rozmawiała przez telefon, była zresztą po długiej sesji aktywności chłopaków i chciałem dać jej chwilę spokoju od wyjców.


Korzystając z tej chwili spokoju Kacper postanowił pomarudzić i poćwiczyć wypluwanie smoczka na odległość. Zwłaszcza w tej drugiej dyscyplinie szło mu nieźle ? wywalał smoczek na dwie swoje długości w kąt łóżeczka. Marudzenie natomiast pacyfikowałem u zarania. Wymagało to każdorazowo zakręcenia wody, zdjęcia rękawic, przejścia do pokoju chłopaków, wsadzenia smoczka do słodziutkich usteczek Kacperka, powrotu do kuchni, założenia rękawic, odkręcenia wody. I tak po namydleniu KAŻDEGO naczynia oraz po opłukaniu każdego naczynia.

Gdybym nie łysiał to bym osiwiał.

wtorek, listopada 07, 2006

Kłamczuszki z TVN?

Kłamczuszki z TVN

Ostatni rok w mediach upłynął pod znakiem antyPiSowskiej aberracji. Całe mnóstwo dziennikarzy uchodzących za obiektywnych i rzetelnych zupełnie zapomniało o tym co oznacza bycie dziennikarzem. Niektórzy po prostu odsłonili swoją prawdziwą twarz, niektórzy z wolna dryfowali na ciemną stronę mocy. Co gorsza niewiele osób to zauważyło, a ci którzy zauważyli zostali metkowani etykietką "proPiSowskich".

Ponieważ najczęściej oglądam TVN, więc tam właśnie widzę najwięcej tego crapu. Nie tylko zresztą relacjonowania bieżącej polityki ten upadek dotyczy.

Przykłady z ostatnich dni:
  • Minister edukacji ogłasza program "zero tolerancji", materiały o tym TVN24 oznacza headlinem "Giertych izoluje niegrzeczne dzieci". Niegrzeczne? W ostatnich tygodniach doszło do zbiorowego gwałtu na lekcji, klasowemu ofermie kazano wypić żrącą substancję oraz zazdrosna dziewczyna utopiła konkurentkę z jeziorze. Za takie rzeczy dorośli dostają górną granice wyroków przewidzianych w kodeksie karnym. A pan "Kariera" Sierakowski pierdoli o programach antyprzemocowych, które należałoby wprowadzić do szkół zamiast od razu łapać za kij i wprowadzać drastyczne kary.
  • 6 listopada TVNiarze dowiedzieli się, że nasze świeżutkie F-16 mają zacząć przylatywać na dwa dni przed planowanym terminem uroczystej ceremonii powitania nowego zakupu aby uniknąć ewentualnej obsuwy jeśliby coś się z nimi stało po drodze z Teksasu. W końcu lot przez ocean w jednosilnikowym samolocie to niemałe ryzyko. No i cośtam się schrzaniło.Materiał o tym w faktach pani Pochanke zaczęła tak: "Miał być uroczysty przylot do bazy w Krzesinach, chrzciny samolotów przez prezydentową Marię Kaczyńską ale samoloty uległy awarii i nie dotarły na czas do Polski". Hmm? Na czas czyli na 8 listopada. W materiale zaś jako potencjalną przyczynę spóźnienia podano problemy z silnikami przy starcie. Informację tę uzupełnioną infografiką przedstawiającą miejsce z którego samoloty wróciły na lotnisko celem naprawienia usterek. Znad stanu Maine wróciły, czyli z drugiego końca Wschodniego Wybrzeża USA.
  • W dniu pierwszej rozprawy ekstradycyjnej w sprawie Edwarda Mazura dziennikarka - Brygida Grysiak dopadła polskiego adwokata Mazura i zapytała go czy nie czuje niesmaku broniąc kogoś zamieszanego w przestępstwo tej rangi - morderstwo generała policji. Choćby ktoś pożarł żywcem własna matkę należy mu się obrońca i to taki, który bronił go będzie z całych sił. Że dziennikarz kanału informacyjnego tego nie wie jest niesamowicie zadziwiające. Żeby nie było tak czarno-biało ? adwokat zamiast posłać panią Brygidę do diabła gęsto się z tej swojej niezręcznej sytuacji tłumaczył. Można mieć nadzieją, że skoro Edwarda Mazura będzie bronił takie patałach, to pan Edward na zawiasy raczej liczyć nie może.

Czarę goryczy przelewają bloki reklamowe. Nie dość, że są o co najmniej połowę głośniejsze niż reszta emisji, to trwają tyle, że kiedy oglądamy nagrany film samo przewijanie bloku reklamowego pozwala na przygotowanie kanapek dla dwóch osób.

Wobec pogłębiającej się żenady przerzuciliśmy się na kanał kuchnia.tv

A piszę o tym wszystkim, żeby ukręcić łeb banałowi, że narodziny dziecka "wszystko zmieniają".
Otóż wcale nie zmieniają. Po prostu drastycznie zmniejszają ilość czasu, który możemy poświęcić dla siebie.

czwartek, listopada 02, 2006

Totallycrap: Thriller?

Totallycrap: Thriller?

Niewiarygodnie żenujący bolly-style'owy remake Thrillera MJa.

Enjoy

wtorek, października 24, 2006

Sam na sam z głodomorami

Ulka zawiozła Gucia do serwisu, a ja zostałem z bliźniakami na dwie godziny.
Nic wielkiego? Sami spróbujcie.


niedziela, października 22, 2006

Wycieczka bez pępka


Spalismy dzis do dziesiatej. Najdłużej od tygodnia. Dzieki temu bylismy na tyle zrelaksowani, aby wybrac sie z bąblami na mikrowycieczke do socrealistyczno-futurystycznej piaskownicy pod naszym blokiem.
Poniewaz jestesmy umowieni na juro na pierwsza wizyte u pediatry, postanowilismy nieco umyc naszego Gucia. Po miesiacu postoju jest caly zakurzony i zafajdany przez ptaki. Co gorsza okazalo sie, ze jakis mily szczurek przegryzł nam przewod w silniku. Cholera wie, skąd i dokąd prowadzi.

Przy okazji spaceru chłopkaki rozkochały w sobie kolejną sąsiadkę. W ogóle są w naszej okolicy szalenie popularni, mimo ze mało kto jak na razie je widział. A laski w spożywczym na rogu wręcz szaleją za Ulką, jej ciązą i niewidzianymi bąblami.

A wczoraj obu chłopakom odpadły pępki.
Posted by Picasa

czwartek, października 19, 2006

Permanentne niewyspanie


Często ostatnio widujemy taki widok za oknem. Nie byłoby to problemem w lipcu, ale druga połowa października stanowczo nie jest dobrą porą na obserwację wschodów słońca nad Siekierkami. Co gorsza w perspektywie mamy całą zimę na takie rozrywki. Na razie w stronę różowego nieba rzucam okiem, ale przypuszczam, że kiedy w połowie listopada wrócę do pracy rzucał będę co najwyżej mięsem.Nie możemy jednak zbytnio narzekać, ponieważ w porównaniu z pierwszą nocą teraz jest wręcz malinowo. Pierwszej nocy nie mieliśmy zielonego pojęcia o obsłudze naszych bąbli, Ulka była koszmarnie zmęczona wydawaniem na świat naszych facecików. W efekcie spaliśmy najwyżej godzinę - przynajmniej ja, bo Ulka chyba znaaacznie krócej.

Dzięki Bogu i naszemu rosnącemu doświadczeniu po nocy środa/czwartek stwierdziłem, że Ulka spała dłużej niż przez cały poprzedni czas łącznie. Przed taką sytuacją byliśmy wielokrotnie ostrzegani przez znajomych. Chrzanienie osób postronnych to jednak inna para kaloszy niż własne, conocne dojmujące doznania J Pamiętam szczególnie Lei, która mówiła po urodzeniu synka, że śpi po dwie, trzy godziny, ale ma sąsiadkę z dzieckiem trzymiesięcznym i ta sąsiadka sypia po cztery pięć godziny bez przerwy.

W tej chwili sypiamy po trzy godziny trzy razy w ciągu nocy. Więc jak na pierwszy tydzień z bliźniakami na pokładzie całkiem, całkiem.

Właściwie to tytułowe niewyspanie jest największą niedogodnością związana z naszymi nowymi, kochanymi współlokatorami. Szczególnie uciążliwa jest sesja wczesnoporanna ? ok. 3 rano.

Druga niedogodność ? bezsilność wobec biernego oporu chłopaków przy karmieniu, przebieraniu, kąpaniu, wymianie pieluch etc. stopniowo traci na znaczeniu. Posted by Picasa

piątek, października 13, 2006

Czworo ludzi i dwa koty

Przybyło nam dwóch chłopaków w rodzinie.

Szczegóły później.

Jeśli chłopaki pozwolą.

czwartek, października 12, 2006

Godzina P - 7

Już w poniedziałek Ulka zadzwoniła do mnie rano do pracy i powiedziała, żebym od teraz ZAWSZE odbierał telefony. Przekaz był jasny ? chłopaki byli już nie na horyzoncie ale za pasem.

Odbierałem przez cały tydzień ale żaden z nich nie był fałszywym alarmem. Prawdziwym też nie. Dopiero we czwartek ok. 17 Ulka napisała na gTalk, żebym już wracał do domu. Zbagatelizowałem to, bo zwykle na pół godziny przed końcem pracy dostaję od niej takie ponaglenia. Zwłaszcza, że czasami siedzę po 2-3 godziny dłużej niż ustawa nakazuje.

Kiedy jednak dojechałem do domu okazało się, że pierwsze symptomy właśnie się pojawiły. Poczułem lekki gorący powiew (jeszcze nie było to uderzenie gorąca), na razie jednak dosyć rzeczowo omawialiśmy kwestię ? jechać, niejechać. W końcu Ulka postanowiła zasięgnąć porady "niezależnego eksperta", bo byliśmy jeszcze na etapie obaw, że nas na Madalińskiego wyśmieją. "Niezależny ekspert" stanowczo zalecił wyjazd i sam na izbę przyjęć zawiózł.

Na izbie była parosobowa kolejka, ale na szczęście kobieta rodząca bliźniaki została wpuszczona bez kolejki. Lekarz zaczął od pytania o częstotliwość skurczów. Kiedy dowiedział się o 10 minutowym interwale uśmiechnął się i machnął ręką ?eee, to jeszcze dużo czasu Pani ma?. Zmienił jednak zdanie po informacji o podwójnej ilości rezydentów na wylocie.

W pośpiechu kupiłem sterylny garnitur i takież pantofle i pojechaliśmy na oddział położniczy. Tłem rejestracji i decyzji o wyborze indywidualnej sali porodowej były stłumione jęki kogoś rodzącego oraz szepty o "rzucawce w dwójce". Na szczęście sam oddział był czysty i pachnący...

środa, października 11, 2006

Nadal bez prawa jazdy

Egzamin niestety nie zdany. Ale to na szczęście raczej powszechne. W przeciwieństwie do matury, rzadko kto zdaje za pierwszym podejściem. Ulka pociesza mnie, że wśród osób jej znanych, ci którzy zdali za pierwszym podejściem za kierownicę siadają sporadycznie - vide ulkowa mamya czy citibankowa Monika (chyba, bo dawnośmy się nie kontaktowali i możliwe, że jest drugą Kubicą ze spódnicą).

Dotarłem na Odlewniczą ok. 9:30 i więdłem tam do 11:05. Egzamin był zapowiedziany na 10:00, ale ostałem wywołany jako jeden z ostatnich w grupie. Mój egzaminator był grubaśny, kudłaty i siwy. Z burzą włosów i bujną brodą, wyglądał jak prawosławny mnich w dżinsie.
Okazął się dosyć sympatyczny i tolerancyjni dla drobnych niedociągnięć. Tym większa szkoda, że zmarnowałem taki uśmiech losu (z drugiej strony samochód miał numer 13).

Jazda po łuku poszła świetnie, górka wręcz aksamitnie. Po mieście też szło zupełnie nieźle. Do czasu przedwczesnego zatrzymania się przed znakiem STOP. Zamiast na ciąłej linii stanąłem przed pasami. Pustymi niestety. No i pierwszy błąd.

Potem znowu gładko, nawet skręty w lewo na spooorym skrzyżowaniu. Kiedy jednak przystąpiłem do parkowania równoległego przodem, wybrałem całkiem szerokie miejsce. Niesetety było ono nieco powyżej poziomu jezdni i trzeba było wspiąć się na krawężnik. I przy tej wspinaczce dwukrotnie zgasł mi silnik.

Więc dupa.

Ze mnie.

Do widzenia.


powered by performancing firefox

W drodze po prawo do jazdy

Jade na praktyczny egzamin na prawo jazdy. Na powitanie kierowca zaserwowal frywolne disco-polo "Kochanie na sianie w rytmie disko". Dzieki Bogu okazalo sie, ze to tylko Kaszana-Nana w Radiostacji.
Mam ze soba paczke smarkatek, gumy do zucia z guarana, a na nogach buty na cienkiej podeszwie, zeby lepiej czuc sprzeglo.
Bardzo bym chcial zdac za pierwszym podejsciem, ale nie wpadne w depresje, jesli bede musial wrocic na Odlewnicza za miesiac.





post powered by Palm

wtorek, października 10, 2006

Ciemny lud

Ubawiła mnie dziś Agnieszka. Na powitanie zaserwowała historyjkę, o tym że ten głupi Kaczor (nie sprecyzowała który) zupełnie zwariował, bo znalazł w kierownictwie TVNu agenta: ?On już wszędzie tylko agenci i agenci.?

Sprostowałem uprzejmie, że to nie Kaczyński, ale Gazeta Polska.

?No, ale ten głupek się na pewno z tego i tak cieszy?. Hmmm, "cytując" Kurskiego ? ?ciemny lud i tak to kupi.? Blond lud w tym wypadku.

Jedziemy dalej, podsuwam nazwisko Subotić. ?A tak, tak. To nie ten z TVN, ale jakiś inny?. Ano inny ? podmienione zdjęcia. ?Nie, nie. Oni jakiegoś innego? jako to się mówi? Że go ujawnili??

Dekonspiracja to się nazywa, dekonspiracja.


Niezależnie od tego, kto w zamieszaniu ma rację, a kto nie ubawiłem się setnie. Trudno o lepszy przykład bezrefleksyjnego łykania medialnej papki.

poniedziałek, października 09, 2006

EKG

Jako hipochondryk zdiagnozowałem u siebie wczoraj rano zawal serca.

Jako hipochondryk świadomy wiedziałem, że to tylko nerwobóle. Ponieważ jednak mam wykupiony przez firmę pakiet medyczny na lunch zaserwowałem sobie elektrokardiogram.

Przed wejściem do przychodni spotkał mnie istny baby shower. Najwyraźniej yuppiesi mnożą się na potęgę.

Lekarka zbadała ciśnienie i skierowała na EKG, dodając, żebym poprosił pielegniarkę o ponowny pomiar ciśnienia, bo niektórym ludziom już sam widok lekarza je podnosi. Nie bardzo rozumiem, dlaczego przy takim nastawieniu pielęgniarka miałaby działać kojąco. W końcu to pielęgniarki walą zastrzyki, pobierają krew i wykonują inne nieprzyjemne zabiegi. W każdym razie w wypadku zdrowym ludziom.

Kiedy dotarłem do gabinetu zabiegowego, optymizm lekarki jeszcze bardziej mnie zadziwił, jako że machina do EKG oplotła mnie kłebami przewodów, a nad głową wisiał plakat z wykresami świadczącymi o najróżniejszych odmianach zawału serca.

Nie mam pojęcia komu miałeby w takiej sytuacji spaść ciśnienie...

Wynik pomiaru poniżej:



niedziela, października 08, 2006

Weekend

W sobotę odwiedzili nas znajomi i w efekcie miałem najgorszgo kaca od wielu miesięcy. Jak to ze mną bywa sprawiły to trzy kieliszki wina. Dwa białego Rieslinga i jeden jakegoś czerwonego sycylijskiego.

W neidzielę odwiedizł nas tata, podjęliśmy próbę obejrzenia "Diabeł ubiera się u Prady" oraz obejrzeliśy "Do nad jeziorem". "Diabeł..." miał rozsynchronizowane napisy, więc się poddaliśmy, choć zapowadał się interesująco, a na pewno zabawnie. Niestety jednym z elementów komicznych było to, że wszyscy mówli szybko i kwieciście.

"Dom nad jeziorem" był natomiast słodki.

Mieliśy iść do Muranowa na "Życie jest muzyką", którym ekscytowałem się już parokrotnie, ale bliźniaki nam nie pozwoliły. Ale nic tam. I tak dzień był udany.

We środę egzamina na prawo jazdy.


powered by performancing firefox

czwartek, października 05, 2006

Bobasy za pasem

Już od parunastu tygodni czuję się prawie jak z dziećmi. Mnóstwo rzeczy do kupienia, zrobienia, zaplanowania.
Szkoda tylko, że jak zwykle u mnie - efekty mizerne. A w każdym czasie mniejsze niżbym chciał.
Ostatnie dni w pracy też strasznie męczące. Nie żebym narzekał, ale stanowczo wolałbym się permanentnie lenić niż permanentnie pracować. Nie do mnie jednak wybór należy.

W sumie to czuję się zaskakująco spokojny jak na zbliżające się zmiany w życiu. Może to dlatego, że dzieci są natrualną koleją rzeczy. Jak koty :) Budzę się ostatnio w nocy i myślę "Ale czad!", czasem martwię się jak jak - choleryk i wścieklica - poradzę sobie z podójną dawką szczęścia i odpowiedzialności. Chyba jednak nikt nigdy nie jest na to w pełni przygotowany, więc nie histeryzuję tylko czekam w spokoju.

W dodatku 11 mam egzamin na prawo jazdy i też jakoś mi się ekscytacja nie pojawia.
No, zobaczymy w weekend, kiedy będę miał więcej czasu na myślenie. Zobaczymy :)

poniedziałek, października 02, 2006

Cholerne łóżeczko!!!

Żeby nie użyć mocniejszych słów.

Dzień w pracy miałem dosyć męczący, w dodatku kolejne będą jeszcze gorsze. Tak to bywa na początku miesiąca, a tym razem nie dość że wykonujemy drugą falę integracji to jeszcze miesięczny procesing rozłaził się jak stare gacie. Tragdia.

W takim oto nastroju oraz strugach deszczu dotarłem na pocztę, gdzie już czekało łóżeczko. Ponieważ na nie czekaliśmy, a w dodatku Ulka ślicznie wyglądała więc nie humoru nie zepsuła mi nawet konieczność niesienia go na łbie jak wybrzeżokościosłoniowa pani domu.

Karton, w którym przyszło łóżeczko zadziwił Mirę - okazał się być przytulnum tunelem z jednym wyjściem.

A potem zaczęliśmy rozkładać łóżeczko. Próbowaliśmy i próbowaliśy. Wbrew optymistycznej opinii producenta, wyrażonej w instrukcji obsługi przeguby ramy nie chciały się zablokować z obiecanym kliknięciem. Nie pomogło wyczucie, nie pomogła brutalna siła, ani rzucanie przeklętym barachłem po pokoju. Na szczęście mieliśmy świeżo zaparzoną herbatę z goździkami, która nieco ukoiła nerwy. Zastanawiałem się czy lepiej wyrzucić je przez okno, spalić czy odesłać do sklepu.

Ale w końcu Ulka zaproponowała, żeby postępować DOKŁADNIE według instrukcji. BARDZO dokładnie.

No i sukces!!! Łóżeczko jest złożone, ładne i praktyczne. Kotkom też się podoba. Niestety zdjęcia nie zamieszcze bo strona producenta jest równie przyjazna dla użytkownika jak system rozkładania produktu.

niedziela, października 01, 2006

Zapracowanie - znowu

Jakoś tak się składa, że im bliżej dzieciaków tym bardziej jestem zawalony pracą. Weekend spędziłem kreując konta UNIXowe. Robią to dla nas Filipińczycy, ale zawalili, konta MUSIAŁY być gotowe na poniedziałek. No i przy wydatnej pomocy Ulki mogłem poczuć się jak filipiński kontraktor (piękne słowo).

W sobotę byliśmy na "Volver" Almodovara. Penelope nadal ładna, Ulka uważa wręcz że w Europie jest ładniejsza niż za oceanem.

Mamy już całą stertę ubrań dla dzieci, które sukcesywnie prasujemy, w małym pokoju stoją dwa foteliki samochodowe, a na poczcie czeka na nas łóżeczko. To na plus.

A na minus - nie ma okna między kuchnią i pokojem dla bliźniaków, trzeba wywiercić mnóstwo dziur na mnóstwo półek. Nie mam magisterium ani prawa jazdy. Trochę doskwiera też brak miejsca na składowanie dobytku.
Na szczęście to wszystko drobiazgi, bo ogólny obraz jest wyśmienity!!!


powered by performancing firefox

wtorek, września 19, 2006

Windows z hamulcami

Od dłuższego czasu mam straszne problemy z komputerem. Zwalnia niemożebnie, czasami się zupełnie wiesza, oraclowe querasy kręcą się trzykrotnie dłużej niż powinny. Katastrofa.
Po części sam jestem sobie winien, bo mam na zainstalowane całe mnóstwo programów, które różne rzeczy mi ułatwiają i uprzyjemniają, ale jako całość strasznie zamulają Windows (

W tej chwili mój system jest najwyraźniej w fazie terminalnej, bo nie sporo programów mi odmówiło posłuszeństwa dokumentnie. Nie mogę przeinstalować Javy, bo zablokowałem sobie hasło intranetowe. Nie mogę wchodzić do naszych narzędzi raportujących, nic CHOLERA nie mogę!!!

Jeśli miałbym być zupełnie szczery, to aż tak mi to nie przeszkadza. Czas oszczędzony dzięki niemożności korzystania z większości narzędzi spędzam na płodzeniu zaległych maili, które wypełniam korporacyjnymi ogólnikami (bo do konkretów dostępu nie mam). Życie umilam mi muzyka z www.bollywood.mu, którą nieco ostatnio zaniedbałem na rzecz dźwięków arabskich.

Wspomniany parę postów temu film z Kajol i Shah Rukh Khanem był dosyć oldskulowy, muyka była wręcz całkowicie olskulowa. Prawdzie Bolly w stylu Laty Nameśki, a nie jakiś dance?owy chłam.

Cieszę się, że niedługo zobaczę się z lokatorami ulkowego brzucha, boję się tego spotkania, doczekać nie mogę. Sam już nie wiem, co jest najsilniejsze.

poniedziałek, września 18, 2006

On-line'owy decyzje

Zwariować można od tych wszystkich decyzji. Jakie foteliki, jaki wózek, jakie łóżeczko. Którą wanienkę wybrać, i tak bez końca.

Z wózkiem mieliśmy najmniej problemów, mimo że to chyba najdroższe akcesorium z całego wachlarza naszych zakupów. A to dlatego, że wózków dla bliźniaków mieliśmy do wyboru trzy. Jednen był koszmarnie brzydki, drugi koszmarnie drogi i ciężki, więc wybraliśmy trzeci. Wybór wózka zaź implikuje wybór fotelików samochodowych, więc dwie decyzje załatwione jednym zakupem :)

W telewizji u Szymona Majewskiego fantastyczna parodystka Jandy. Za Majewskim nie przepadam, ale chyłkiem często się pry jego programie uśmiewam.

Wczoraj się ostrzygłem, bo byłem już tak żenująco puchaty, że ho, ho!

Piszę bezsensowne brednie, bo Ulka zabrała mi kabel do modemu, a drugi jest w szafce. Ja zaś jestem tak zaspany, że nie chce mi się tyłeczka ruszyć (

niedziela, września 17, 2006

Kostek

Oczywiście jak to noworodek miła poważne, badawcze spojrzenie.
Już chyba kiedyś o tym wspominałem, że kilka, kilkanascie dni po urodzeniu dzieci mają przerażająco wręcz dorosłe oczy. Patrząc w nie łatwo uwierzyć w reinkarnację. W myśl tej teorii po jeszcze przez pewien czs po narodzeniu pamiętamy poprzednie życie, które jednak jest zacierane przez nowe wrażenia i "stare" wspomnienia blankną aż do zupełnego zaniku.

Najważniejsze było jednak to, że spotkanie z Magą, Gruchą i Kostkiem było kolejnym spojrzeniem w przyszłość. Bardzo bliską zresztą.

Swoją drogą niezły numer z Kostkiem, nasze bliźniaki znają go jeszcze sprzed narodzin, dzięki szkole rodzenia i ciągłych telekonferencji Ulki z Magdą.
Dodatkow, to że Magda wyprzedza nas o te parę tygodni daje nam wsparcie i wgląd w to, co spotka nas wkrótce. Wydaje się, że Ulka ma dzięki temu troszeczkę lżej, bo wie czego się spodziewać. Mniej więcej oczywiście.

Pozytywem było to, że rodzice Kostka nie wyglądali na ludzkie wraki. Wątpiłem, że ich to spotka, ale moi kochani koledzy z pracy bezustannie prezentują mi rodzicielstwo jako permanentny koszmar. Co jednak mogą wiedzieć o rodzicielstwioe skoro nie mieli bliźniaków?

;)

Crossing the Bridge

Wchodzi do Warszawskich kin 6 października, ciekawe czy zdążymy bez chłopaków?
Pewnie tak, bo termin jest na 23 :)



Życie jest muzyką

środa, września 13, 2006

Poranek w rzeźni

Zaciąłem się dziś przy goleniu. Ranka malutka, szerokość ostrza więc znacznie poniżej milimetra, długość milimetry dwa. Tyle co nic, nawet nie poczułem.

Problem w tym, że rankę miałem w nosie (nie, nie goliłem sobie włosów w nosie ? choć włochaty jestem w każdym zakamarku). Przez pierwsze parę minut po prostu zmywałem ranę wodą. Woda ciepła, a nos ukrwiony, więc po chwili stałem w wannie rodem z Tarantina. Płynęło i płynęło. Wezwałem Ulkę na pomoc, ale po kwadransie i tak chciało mi się mdleć tyle tego kapało. Krew jasnoczerwona, leciała powolutku, ale nieprzerwanie. Jak u hemofilityka. Władowałem do nosa tampon, potem Ulka przyłoiła mi prosto do dziurki Acutol. A krew jak płynęła, tak płynęła. Co gorsza rano mam ataki kichctwa, więc jeśli nawet coś krzepło, to wściekłe smarknięcie zrywało więzy między zebranymi płytkami krwi. Zastanawiałem się nawet nad pracą z domu. Niestety nie miłałem tokena, więc i tak musiałbym się do biura pofatygować.

W końcu ratunkiem okazał się mikrokawałeczek papieru ? znowu rada Ulki. Niby sposób z komedii, ale działający.

Potem w pracy nic lepszego mnie już nie spotkało.


Na obiad zjadłem mrożonego kurczaka z cukinią i kardamonem, na deser zaś wypiłem machiatto caramello (czy jakoś tak). Pychotki.


sobota, września 09, 2006

Kostkowy wieczór pępkowy

Piszę ten post dwa tygodnie po imprezie pępkowej, ale ustawię wsteczną datę dla zachowania chronologii.

Dzień po urodzinach Konstantego, przyszłego profesora, zadzwonił Gruch i powiedział, że w piątek pijemy wódkę. Magda z dzieciątkiem została pod opieką rodziców, a tata opijał potomka.

Z początku trochę się obawiałem tego wieczoru, bo mało kogo spośród współpijących znam, a i za wódką nie przepadam. Wbrew moim obawom wieczór wypadł znakomicie. Grucha postawił wielki kamionkowy garnek ogórków, smalec i pysznych chleb. Z wódką komponowało się jak znalazł.

Kiedy już zapasy się skończyły okazało się, że większość gości to muzykanci. Wyciągnęli dziwaczne instrumenty i zagrali. Zapis dźwiękowy w niskiej jakości wklejam poniżej:

(może później plik wkleję)

W efekcie pijaństwa i muzyki nie odbierałem telefonu, a jak już na niego spojrzałem miałem KILKANAŚCIE nieodebranych połączeń od Ulki. To oznaczało kłopoty :)

czwartek, września 07, 2006

An Abandoned City

Niedawno czytałem, że Rosja jest gotowa do podjęcia nowego wyścigu zbrojeń. Jedą z przesłanek jest pomysł budowy elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej.

Trudno może zrozumieć, dlaczego system OBRONY przeciwrakietowej miałby komuś zagrażać. No, chyba, że pomysłom by walnąć niepostrzeżenie rakietą. Nie od dziś jednak wiemy, że przestrzenie duszy rosyjskiej są nieodgadnione.

Wracając do nowej zimnej wojny. Zawartość linka poniżej pozwala na optymizm w kwestii rosyjskich możliwości:
English Russia ? An Abandoned City

czwartek, sierpnia 31, 2006

The Top 10 of Top 10?s

Widać wielu ludzi strasznie się w pracy nudzi.

I tworzą takie listy:
The Top 10 of Top 10?s

Mimo tego portal dla nudzących się w pracy właśnie zbankrutował. Bardzo dziwne to życie okablowane 2.0.

Niewykluczone, że skorzystali z tych rad i oszczędzają czas, który potem marnują na pierdoły.

środa, sierpnia 30, 2006

wtorek, sierpnia 29, 2006

Słodka inwentaryzacja

Właśnie wróciłem z pracy i zastałem Ulkę na podłodze zasłanej niemowlęcymi ubrankami.

Siedziała i inwentaryzowała.

Okazuje się, że śpioszki dzielą się na pajacyki, body i śpioszki właściwe. Niestety na razie, mimo powtórzonych dwukrotnie wyjaśnień ie zrozumiałem w pełnik niuansów dzieląch typy ubranek. Z pewnością w nadchodzących miesiącach stanę się ekspertem w tej materii.

Wesoło będzie :)

Pieniądze?

Wiele postów temu zastanawiałem się skąd ludzie mają czas na pisanie blogów. Wiele z nich jest naprawdę na niewiarygodnie wysokim poziomie. Oczywiście większość to bzdety, grafomania i strata czasów autora i audytorium.
Dlaczego większość jest kiepska - jasna sprawa. Ale te dobre? Niekóre tworzą profesjonaliści, niektóre entuzjaści z prawdziwego zdarzenia. Coraz częściej dostrzegam, że te dobre bywają źródłem dochodów. Niektóre pośrednim, inne bezpośrednim. Można sobie nawet wkleić narzędzie, które wylicza na jakiejśtam podstawie (nie chciało mi się w to wgryzać) wartość bloga. Bo AdSense to oczywiście elementarz i nastawionym na zysk bloggerom nie wystarcza.
A to coś sprzedają, a to linkują gdzieśtam, a to cośtam...

Wariatkowo.





powered by performancing firefox

poniedziałek, sierpnia 28, 2006

Czytamy i oglądamy


Z książek - "Izrael już nie frunie" oraz "Właśnie Izrael".

Z filmów "Dilwale Dulhania Le Jayenge" - film, który pobił "Sholay" jako najdłużej wyświetlany film. Kino Maratha Mandir w Bombaju wyświetlało go ponad 500 tygodni.




piątek, sierpnia 25, 2006

Szabat Szalom

Byłem dzisiaj odebrać materiały do hebrajskiego z "domu parafialnego" przy synagodze. Przy okazji zajrzałem do koszernego sklepu i zobaczyłem niezmiernie sympatyczny obrazek.
Zakupy robił jakiś Żyd lat około trzydzesty. Musiał być nieco sfrustrowany, bo brodę miał długą ale niestety rzadką, co nadawało mu emploi rachitycznego studenta jesziwy. Towarzyszyło mu dwóch rozbrykanych chłopców w wieku 5-7 lat (chyba).
Po zakupach tata zagonił do kindersztuby:
- Co się mówi, chłopcy?
- Dziękujemy!!!
- I co jeszcze?
- Szabat szalom!!!

Filosemitą nie jestem, za dziećmi też nie szaleję, ale obrazek był NAPRAWDĘ słodki.

Na dokładkę w podwórku przed wspomnianym "domem parafialnym" (muszę poszukać prawdziwej nazwy takich miejsc - pewnie coś z jidisz) były rozstawione stoły i trwały jakieś plotki przedszabatowe.

Czyli życie żydowskie udaje, że kwitnie w Warszawie...



czwartek, sierpnia 24, 2006

Wesele Moniki - hasłowo i pokrótce

Po wielu latach Monika w końcu poślubiła Roberta. My zwlekaliśmy co prawda ze ślubem, ale oni pobili nas o ładnych parę lat.

Ślub odbył się w Morawicy. Nie mam czasu się rozwodzić, więc tylko parę haseł.

Miałem pomarańczową koszulę w kwiaty i czarny garnitury, a Ulka błękitny kamez, który dostała od Vikasha. Jak to z wytworami hinduskimi bywa, wymagał BARDZO WIELU zabiegów poprawkowych.
Panna młoda wyglądała niczego sobie, oprócz niej Jolka, Piotrek, Adrian i moja siostra. Reszta towarzystwa zwyczajnie.

Dosyć szybko się z Ulka zwinęliśmy, bo ciężko się bawić z dwoma osobami w brzuchu, w dodatku KAŻDY rozmawiał z nią TYLKO o ciąży. Co gorsza ilość bon-motów na okazję rozmowy z ciężarną jest żałośnie ograniczony, więc Ulka była bliska obłędu.

Droga powrotna z Kielc do Warszawy upłynęła pod znakiem ultrakorka zaraz za Kielcami i kociowego płaczu.

Po dojechaniu do domu kotki szybko oblookały wyremontowane mieszkanie i wlazły pod kanapę. Siedziały tam dwa dni. Jak już wyszły spłoszył je fan u powały.

A dziś złożyli nam kuchnię i opeirdolili mnie w pracy Saudyjczycy.

Tyle haseł.

środa, sierpnia 16, 2006

Zmęczenie na własne życzenie

Zeszły tydzień był niewiarygodnie męczący.
Naiwnie widziałem siebie siedzącego na kartonie z laptopem w remontowanym mieszkaniu. Słuchawkami oddzielonego od hałas i w spokoju robiącego próbne testy na prawo jazdy na przemian z powtórkami hebrajskiego.

Oczywiście był ZUPEŁNIE inaczej. Modem gdzieś znikł, komputer pokrywał się białym pyłem chwilę po wyjęciu z torby. Poza tym i tak nie było gdzie usiąść. Masakra.
Na to nałożył się niezwykle meczący okres w pracy, miałem ultraważne szkolenia, zżerające pół dnia, do tego nawał roboty i permanentne niewyspanie. Jedyny relaks stanowił hebrajski, bo po wyjściu stamtąd zaczynały się zakupy ustalenia z remonterami itp. W efekcie nie zadbałem o zamówienie kuchni na czas, co będzie kosztowało 10-15% jej wartości. Mieli ją złożyć chłopaki, a tak będzie trzeba za to zapłacić (

Weekend był nielepszy - noce na Dobrej, potem wczesna pobudka i supermarkety budowlane. Eeech.

"W poradniku młodego zielarza
Napisanym dla szczęścia ludzkości
Pewien przepis się stale powtarza,
A zawiera on sekret młodości:
Kwiat rumianku, liść pokrzywy,
Ziele bratka, pieprz prawdziwy,
Pestki z dyni i borówki,
A do tego sok z makówki,
Owoc głogu, dzikiej róży
I tymianku liść nieduży.
Suszyć, skruszyć,
Zmielić, zwarzyć,
Podgrzać, zalać i zaparzyć.

A gdy wywar jest gotowy,
To po rozum pójść do głowy,
Nie próbować!!! wylać, nie pić!!!
Tylko słońcem się pokrzepić.
Umyć głowę zimną wodą
I zachować formę młodą

Biegać, skakać, latać, pływać,
W tańcu w ruchu wypoczywać.
Biegać, skakać, latać, pływać,
W tańcu w ruchu wypoczywać."

Przynajmniej tyle z tego miałem, że poskakałem przy gejowskich hitach z lat 80 i 90.

Teraz zostało już tylko składanie mebli i układanie na nich naszego dobytku. Okazało się zresztą, że mamy go zaskakująco dużo.

Ciekawostka ? od 10 lat zbieraliśmy się z kupnem komplety melbi BILLA w IKEA. Kiedy się w końcu zdecydowaliśmy się je kupić, IKEA akurat zaczęła je wycofywać i nie zdołaliśmy kupić naszej wymarzonej konfiguracji. Zresztą jedne z największych naszych zakupów IKEA'owych były też chyba najszybszymi. Komplet mebli do salonu (he, he ?saloniku?) kupiliśmy w 30 minut.
Wyczytałem parę dni temu o klątwach rzucanych na Icchaka Rabina i Ariela Szarona. Jak wiemy skutecznie. Pulsa Dinura się to nazywa.

wtorek, sierpnia 08, 2006

Zasuwam

No, remont idzie na całego. Pierwsze dni były tragiczne. Naiwnie wyobraziłem sobie, że będę siedział w kącie z komputerem i klepał testy na prawo jazdy ? zdaję TEORIĘ we czwartek. Tymczasem w domu nie byłem w stanie nawet zaparzyć herbaty. Najlepszy był dzień po szlifowaniu ścian. Jak w młynie. Mam nadzieję, że gorzej być nie może (

Piątek zaczęliśmy od odjazdowej imprezy w Pracowni. Hasłem wieczoru była Muzyka niewolników. Coś w rodzaju historii czarnej muzyki w USA. Począwszy od gospel i pieśni zbieraczy bawełny aż do czarnego hip-hopu z gett wielkich metropolii. Okazało się, że był to jakiś czarny film drogi z lat siedemdziesiątych i kolesiem z afro, bakami i wąsem, który biegł przez Amerykę uprawiając wolną miłość i będąc prześladowanym przez białych KuKluxKlanowców.
Muszę jednak przyznać, że podkład muzyczny puszczany na żywo zawierał obiecaną muzyczną wyprawę przez dźwięki od pól Południa po dyskoteki aglomeracji Północy w latach siedemdziesiątych. Rap pewnie też był, ale wyszliśmy długo przed końcem.

Zaczęliśmy od Sheeshy, ale tam zażądali 20 pln za wejście i powędrowaliśmy do Paprotki.

Paprotka ? Pozytywne Miejsce Warszawy. W towarzystwie Muzeum Powstania, nowego BUW etc.
Sranie w banie. Co najwyżej Pozytywne Miejsce Warszawki, lansownia w piwem po 10 pln. Więc przepłynęliśmy do Egoisty. Tam Warszawka dwukrotnie bardziej lanserska. Wódka z Red Bullem za 22 pln.

Jako odtrutkę wybraliśmy Dobrą.

No i BINGO!!!

W Aurorze wjazd za 5 pln, Coca-Cola za 3 pln. Zabawa ? bezcenna.
Powitał na Billy Joel ?We didn?t start the fire?, las rąk, oraz obsługa szalejąca w tańcu za barem. W żadnej z ultramodnych lokali nie widziałem tylu uśmiechniętych, wyluzowanych ludzi. Śmierdziało co prawda potem i tanimi papierosami ale widać i komuniści potrafią świetnie się bawić. Do rana szaleliśmy przy obciachowych dźwiękach z przełomu lat 80 i 90. Red Box, Madonna, Technotronice. Fantastycznie!!!

W sobotę wybrałem się do pracy. Filipińczycy zmieniali jakieś transporty z Sapa, ale nie dałem się podpuścić i zamiast walidacji danych klepałem testy na prawo jazdy. Przerąbane zajęcie. Cały czas mam nadzieję na danie teorii za pierwszym podejściem. Zobaczymy.

Pod PKiNem zaczepił mnie daaawno nie widziany Marek. Pracowaliśmy razem w CC, ja odeszłam donikąd, on do USA. Teraz wrócił ze swoim wymarzonym kapitałem do machinacji giełdowej. Razem powtórzyliśmy noc na Dobrej ? tym razem w jadłodajni Filozoficznej. Znowu kiczowata muzyka, znowu roześmiani współimprezanci.
Fantastycznie!!!

Niedziela w Centrum Janki. Po drodze słuchaliśmy CB ? zachwyciła mnie prośba jednego z TIRowców:
?Jak zobaczycie białego Forda Transita o rejestracji WIB xxxx ? przyblokujcie skurwysyna, bo straszny z niego przypał na drodze?.
Nas przyblokowała pielgrzymka piesza na Jasną Górę. Kupiliśmy australijską akację, Congo Beige i obiad dla trzech osób. Faaajnie było.

Nauka hebrajskiego, zasad ruchu drogowego, Atomic Data Warehouse i remont wpędza mnie w depresję, zwłaszcza, że Ulka i kociaki 200 km stąd. Ale co tam. Będę miał ładne mieszkanie, bliźniaki i prawo jady. Będzie super (

wtorek, sierpnia 01, 2006

niedziela, lipca 30, 2006

Kielce płoną (z pożądania)

Tytuł zbyt sensacyjny, prawdą jednak jest, że w sobotę w domu rodziców pachniało ogniskiem (czy raczej płonącym lasem). Na horyzoncie na południowym wschodzie widać było ogromne kłęby dymu ? paliły się lasy pod Białogonem. Pod Ulki oknami zaś w te i wewte latały gaśnicze Dromadery.

Wieczorem obejrzeliśmy monikowe mieszkanko ? świeżo wynajęte i wyremontowane, potem moja cudowna żona zawiozła mnie na popijawę z kumplami.

Część wieczoru spędziliśmy w klubie Mefisto.

Fascynujące miejsce ? parkiet szczelnie wypełniony półnagimi (ze względu na upał) młodocianymi prostytutkami (przynajmniej ze względu na prezencje o to je podejrzewam). Wokół zaś parkietu tłoczyli się kolesie z łysymi głowami w dżinsach i adidasach. ?Klubowi dresiarze?. Byliśmy tam z kumplem jedynymi osobami w okularach.

Twardziele przecież szkieł korekcyjnych nie noszą.

środa, lipca 26, 2006

Przez radio w Izraelu.

Byłem dziś na obiedzie w Saharze, malowniczo otoczonej gęstwą sex-shopów. Zamówiłem całkiem niezły zestaw z falafelami i humusem, na zakończenie dostałem szklaneczkę herbaty z cynamonem i goździkami.

Skoda, że po tym wszystkim mam złamaną lewą dolną czwórkę i w efekcie wizytę w hotelu Mariott.
Bywa.

Od tygodnia słucham sobie izraelskich stacji radiowych w internecie i muszę przyznać, że Odpowiednia Zapłata wygląda z tamtej strony niezwykle interesująco - w każdym razie z odległej perspektywy. Właśnie stąd nasunęły mi się te biblijne cytaty poniżej. W prawicowej rozgłośni Arutz 7 sypią takimi cytatami jak z rękawa.

Ach ten Bliski Wschód...

Sporo radiostacji moożna posłuchać za pomocą tego dodatku do Firefox'a

wtorek, lipca 25, 2006

Just Reward


Koh 1:9-10

9 To, co było, jest tym, co będzie,
a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie:
więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.
10 Jeśli jest coś, o czym by się rzekło:
?Patrz, to coś nowego? -
to już to było w czasach,
które były przed nami.

Ez 25:15-17

15 Tak mówi Pan Bóg: ?Ponieważ Filistyni postępowali mściwie, a żywiąc w duszy nienawiść, do zagłady doprowadzili ich1 na skutek odwiecznej nieprzyjaźni, 16 dlatego tak mówi Pan Bóg: Oto wyciągnę rękę przeciwko Filistynom, wykorzenię Keretytów2 i wyniszczę resztki krainy nadmorskiej. 17 Dokonam na nich wielkiej pomsty za pomocą srogich kar. Wtedy poznają, że Ja jestem Pan, gdy dokonam na nich pomsty?.

Iz 41:10-16

10 Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą;
nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem.
Umacniam cię, jeszcze i wspomagam,
podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.
11 Oto wstydem i hańbą się okryją
wszyscy rozjątrzeni na ciebie.
Unicestwieni będą i zginą
ludzie kłócący się z tobą.
12 Będziesz ich szukał, lecz nie znajdziesz
tych ludzi, twoich przeciwników.
Unicestwieni będą i na nic zejdą
ludzie walczący z tobą.
13 Albowiem Ja, Pan, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: ?Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą?.
14 Nie bój się, robaczku Jakubie,
nieboraku Izraelu!
Ja cię wspomagam - wyrocznia Pana -
odkupicielem5 twoim - Święty Izraela.
15 Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie6,
nowe, o podwójnym rzędzie zębów:
ty zmłócisz i wykruszysz góry,
zmienisz pagórki w drobną sieczkę;
16 ty je przewiejesz, a wicher je porwie
i trąba powietrzna rozmiecie.
Ty natomiast rozradujesz się w Panu,
chlubić się będziesz w Świętym Izraela.

Addicted To Lost

Przypadkiem obejrzeliśmy z Ulką pierwszy odcinek. No i wpadliśmy kompletnie.
W tej chwili widzieliśy już oba sezony i jesteśmy z lekka znudzeni.

Czytając książkę wiesz, że na końcu czeka na Ciebie zakończenie. Czasem oryginalne i zaskakujące, czasme banalne i rozczarowujące.
A tu cholera, nie wiadomo czy Oni mają jakieś zakończenie. trochę to psuje przyjemność z oglądania.

W każdym razie klip jest znakomity.
Addicted To Lost


http://www.lostlinks.net/

Zapisy

Dzisiaj w końcu udało mi się zapisać na egzamin na prawo jazdy. Zacząłem kurs kiedy było minus trzydzieści stopni Celsjusza. Teraz jest o sześćdziesiąt stopni cieplej, podziwiam więc Ulkę, że mnie tam dostarczyła. W końcu jak się ma w brzuchu dwóch facetów niełatwo jest prowadzić samochód bez klimatyzacji.
Termin egzaminu teoretycznego to 10 sierpnia, praktyczny pewnie będę zdawał na początku września.

Pod koniec lipca zamieniam szkołę rodzenia na intensywny kurs hebrajskiego. Zapewne przy dzieciach nieprędko będę mógł spędzać czas na nonsensownych rozrywkach intelektualnych tego typu.

Hebrajski świetnie komponuje się z remontem i wyjazdem Ulki i kociaków.

W kwestii ciąży ? zaczynamy siódmy miesiąc.
Ucieszyła mnie wiadomość, że dzieci mogły by już samodzielnie żyć (no, w inkubatorze raczej). Oznacza to bezdyskusyjnie, że nie są już płodami ale normalnymi ludźmi.

Fascynujące!!!

sobota, lipca 08, 2006

Ruchy, ruchy

Dziś załapałem się na ruchy w ulkowym brzuchu. Jeden z chłopaków sie wiecił, tak że było to widać po naszej stronie lustra.
Niesamowite wrażenie, chyba nawet większe niż USG.

Zaczęliśmy od wietnamskiego śniadanioobiadu na Stadionie. Trafiliśmy w uliczkę jak z hanoiskiego tragowiska. Wietnamskie bary z dziwacznym jedzeniem, wietnamskie spożywczaki, wietnamcy fryzjerzy, witnamskie plakaty na ścianach. Mikro Sajgon.
Potem pojechaliśmy do ogródka jornadowskiego, gdzie wylizałem 8 gałek wyśmienitych lodów Grycana. Upał był wściekły, więc taka ilość sorbetów była wielką frajdą. Zalałem to znakomitą Ice Tea - mam wrażenie, że ostatnio składniki naturalne zwyciężają w jej składzie z syntetycznymi.

Teraz zasiadłem do ściągania arabskiej muzyki z fora Arabii, a potem horror w TV.

sobota, czerwca 10, 2006

Pieprzone szablony.

Chyba szablony.
Wczoraj okazało się, że od pewnego czasu kod html bloga doszczętnie się rozsypał.
Po paru próbach z W3 Validatorem zapytałem Ulki, jaki ostatni post był dla niej widoczny. No i następnmy wyciąłem. Na chwilę pomogło, ale potem znowu stronę szlag trafił. Brakuje mi cierpliwości, w dodatku chyba nieodwracalnie szlag trafił statystki odwiedzin - w każdym razie ich historyczną część.
Same problemy. Chyba skończy się na przenosinach bloga, ale musze najpierw rozgryźć potencjalne możliwości exportu archiwów.

Zaraz zabieram się do tworzenia nowej strony.

Porażka Z Ekwadorem. Jak zwykle.

Nie lubię piłki nożnej. Niedawno nawet okazało się, że nie pamiętam ile trwa mecz piłkarski. W związku z tym nieustannie cieszą mnie porażki naszych piłkarzy.

Dziś przegraliśmy z Ekwadorem dwoma punktami.
Jedna z naszych nowojorskich znajomych ma w swoim otoczeniu ludzi z każdego, choćby najodleglejsego zakątka świata. Chyba wręcz kolekcjonuje te egzotyczne znajmości.
Trafiła sie w jej kolekcji również dziewczyna z Ekwadoru - Gloria.
Glorai pocieszała Monikę - naszą kumpelę tymi słowy:
"Nic sie nie martw, Ekwadorczycy ze wsystkimi przegrywają w piłce nożnej, na pewno Polska wygra".

Stawiałem na 3:1 dla Ekwadoru, ale nasi nawet honorwego gola nie strzelili.
Rozmawiałem parę godzin temu z maćkiem, który właśnie wracał z meczu. Mimo, że był na Mundialu nie spprawiał wrażenia zadowolonego z uczestnictwa w piłkarskim święcie.

He, he, he...

piątek, maja 19, 2006

Rosno

Od mniej tygodnia-dwóch bliźniaki wreszcie zaczęły rosnąć. Ulka słyszała też serca bijące w jej brzuchu. Zaczynamy też badać bliźniakowi rynek i nie wygląda on niestety zbyt obficie.
Zapowiada się sporo internetowych zakupów za granicą.

Częściej zdarza nam się też zastanawiać nad strategią wychowawczą. Raf, jak nietrudno zgadnąć, sporo. Na razie jednak głównie marniejemy od przeegzaltowanych pytań od znajomych oraz informacji w stylu ?ach, teraz wszystko się Wam zmieni??. Słabo się robi.

W sumie więc, nie bardzo jest o czym pisać.

środa, kwietnia 26, 2006

+ i - bliźniąt

Znowu ostatnie tygodnie były zawalone pracą. Nie napiszę, że się rozluźnia, żeby nie zapeszyć. W każdym razie mam kilka minut na wklepanie paru wierszy.

Chyba wszystkim znajomym już się pochwaliliśmy, ale na wszelki wypadek powtórzę:
23 października będziemy mieli BLIŹNIAKI!!!!!!

W związku z tym wiszą nad nami różne nowe konieczności. Zamknięcie raz na zawsze kwestii wyższego wykształcenia, kupno większego mieszkania, wyspanie się na zapas za najbliższe 2 lata, może nowy samochód.
Żeby było jasne ? z jakiegoś powodu wiele osób zachowuje się jakby spotkał nas dopust boży, a nie podwójne szczęście. Jasne, że będzie ciężko, ale choćby patrząc na wyżej wymienione konieczności większa część sytuacji jest raczej radosno-pozytywna.
Oczywiście, że martwi mnie brak snu, niemożność powrotu do Indii w ciągu najbliższych paru lat i wydatki na pieluchy. Wolałbym jednak, żeby ludzie, którzy swoje z dzieciaczkami przeżyli raczej dodawali otuchy niż klepali oklepane pseudodowcipy. Zupełnie jak przy prawie jazdy ? KAŻDY musi cię zapytać gdzie jeździsz na kursach, żeby się z daleka od tej okolicy trzymać.

A propos kursów ? mam za sobą 25 godzin jazdy, pozostałe 5 zostawiam na tydzień poprzedzający egzamin praktyczny. Dziś wnoszę końcówkę opłaty i odbieram dokumenty umożliwiające rozpoczęcie formalności poprzedzających egzaminy ? najpierw teoretyczny, potem praktyczny.

Długi weekend planowaliśmy najpierw we Lwowie, ale uświadomiliśmy sobie niedostatki sieci wodociągowej w tym mieście. Dobra, polska przedwojenna robota nie wystarcza, jeśli przez 50 lat jej wytworów się nie konserwuje. W efekcie stan toalet jest tam daleko bardziej zasmucający niż na przykład w Libanie.
Kolejny pomysł ? Wilno, upadł z przyczyn ekonomicznych i sozologicznych. Współweekendowcy uznali, że nie chcą płacić za pobyt w mieście w maju. Eeeech
No i jedziemy w piątek w Beskid Niski.

Na góry to ja smarkam, ale może przyroda zneutralizuje brak magnezu.


Dziś słucham Kishore Kumara.


wtorek, marca 07, 2006

Angielski @home?

Dotarłem do domu i podjąłem próbę nauki angielskiego on-line w domu.
Próbę, niestety, niespecjalnie udaną. Sam już nie wiem co z tym począć. Z jednej strony lepiej wcześniej wrócić do domu, zjeść kolację, a potem zabrać się do nauki. Z drugiej strony wieczorem w pracy mogę się bardziej skupić na postępach w nauce.

Zobaczę.

Parę postów temu wspominałem o niedoszłym wyjeździe na Białoruś. Im więcej oglądam materiałów z kampanii wyborczej tym bardziej żałuję, że mnie tam nie będzie. Ulka martwi się nieco mniej, bo oczywiście oczami wyobraźni widziała już mój chudy zadek okładany nahajkami łukasznkowego OMONu (



brak czasu na wspomnienia :(

Sporo jest rzeczy, o których chciałbym napisać.
Ostatnio na przykład nachodzą mnie wspomnienia z dzieciństwa przedszkolnego i wczesnoszkolnego (jak jakiegoś dziadka na łożu śmierci). Myślę, że znam winnego.
Dostałem od Ulki książkę Samo-loty Marka Stokowskiego. Chyba nawet o niej coś tu pisałem. Przesłanki do mojej nostalgii kryją się na drugim planie powieści, szczerze żałują, że nie mam czasu by się nad nimi pochylić i spróbować opisać.
Może w weekend przysiądę.
Ale raczej na magisterium (znowu?), a nie nad blogowymi pierdami.

czwartek, lutego 23, 2006

Agra, Indie. Przynajmniej uszami tam jestem...

Słucham sobie w pracy Nustrat Fateh Ali Khana.
Kupiłem go w sklepie naprzeciwko hoteliku Same, Same but Different na Taj Ganj?u. Siedzieliśmy z Beatą i Ulką na dachu patrząc na ledwie zarysowany obrys Taj?u. Nie był już oświetlony, więc wyglądał raczej na sztuczną dekorację z bollywodzkiej niskobudżetowej produkcji.
Zresztą w ciągu dnia jego idealne linie ledwie prześwitywały przez wszechobecny indyjski smog (a może po prostu mgiełkę spowodowaną upałem i wilgotnością powietrza).
Wszystko jedno. W każdym razie siedzimy, palimy wstrętne indyjskie papierosy (rzekome Marlboro za 70 rupii). Czekamy na Wojtka, a z ulicy dobiega głośna muzyka. Nie znam się na muzyce, więc w uproszczeniu napisze, że brzmiała pakistańsko-muzułmańsko raczej niż indyjsko. Komary cięły, my słuchaliśmy i rozkoszowaliśmy się upalną nocą kilometr od najpiękniejszego budynku świata, w najbardziej zwariowanym kraju świata.

Złapałem portfel i kupiłem za 300 rupii płytkę z 400MB empetrójek Nusrata oraz pierścionek dla Ulki za nieujawnialną ilość pieniędzy.

Teraz preparując raporty z wywiadów, jakie przeprowadzałem przez ostatnie dwa tygodnie słucham sobie tych wspaniałych dźwięków i mogę na chwilę oderwać się od pracy dla korporacji, która według Forbesa zajmuje wysokie miejsce wśród najbardziej podziwianych firm w USA, wyprzedzając m. in. Microsoft.

poniedziałek, lutego 13, 2006

Newcomer

Weekend spędziliśmy w Kielcach. Kulminacyjnym punktem programu była prezentacja świeżonarodzonego Szymka.

Sama podróż nie należała do najspokojniejszych, niestety. W połowie drogi przed Radomiem Mirze zachciało się siusiać i grzebała biedulka w podłodze transportera głośno przy tym miaucząc. Jak tylko dotarliśmy do ulkowego domu czym prędzej poleciała do nowoczesnej kuwety z wypełnieniem silikonowym.

Kiedy pierwszy raz oglądałem Szymona wyglądała tak:



Na szczęście nieco się od tego czasu rozwinął i teraz wyglada nieco lepiej. Chociaż na filmie ze szpitala miał niewiarygodnie szare i pomarszczone dłonie z długaśnymi pazurami. My widzieliśmy go już doprowadzonego do jako-takiego stanu:

O ile pierwszy bachorek wdał się w moją siostrę - śniada, okrągła i głośna Weronika, to Szymon jest raczej podobny do taty - o ile dwutygodniowy facet może być do kogokolwiek podobny. Jest spokojnym blondynem o silnych łapskach.

Łapska ma oczywiście wielkości pięciozłotówki.

wtorek, lutego 07, 2006

Zawistnik ze mnie...

... a raczej zazdrośnik:
Podróż dookoła świata
Nawet komentować mi się nie chce. Milcząco pogrążam się w zazdrości.

Wybory na Białorusi beze mnie :(

Koniec końców darowałem sobie wysyłanie zgłoszenia na obserwatora wyborów na Białorusi. Jeszcze by mnie przyjęli i miałbym twardy orzech do zgryzienia. Z pewnością dwa tygodnie urlopu, żeby oficjalnie potwierdzić, że prowincjonalny kołchoźnik z krzykliwą pożyczką nie stosuje się do międzynarodowych standardów demokratycznych to trochę za dużo. Mogę to stwierdzić bez wychodzenia z domu. Zwłaszcza, że sporo Białorusinów łyka jego brednie jak w ciemno i żadne tam OBWE ich nie przekona. W końcu już teraz na Białorusi polski wywiad szaleje jak 007 na Karaibach.

No, trochę przemawia przeze mnie rozgoryczenie, że tak czy siak nie pojechałbym do Mińska.

niedziela, lutego 05, 2006

Na stoku

Na stoku
Trzecie podejście do jazdy nauczyło mnie ruszania pod górę z hamulca ręcznego (rekomendowane i wymagane na egzaminie) oraz nożnego (najczęściej stosowane w praktyce).
Oprócz tego zacząłem zauważać znaki drogowe ? za radą instruktora te odnoszące się do pierwszeństwa przejazdu, a z własnych obaw przed hekatombą - te informujące o zbliżającym się przejściu dla pieszych. Ku rozbawieniu instruktora na widok tych drugich puszczam gaz i zaczynam wciskać hamulec. Ach, gdyby wszyscy prowadzili tak jak mniej byłoby potrąceń pieszych. Zwłaszcza, że 50 km/h wydaje mi się prędkością wystarczającą by dotrzeć do celu na czas, a przy tym w pełni kontrolować sytuację dookoła samochodu oraz urządzenia w jego wnętrzu.

W piątek miałem całodzienną imprezę firmową w klubie Pańska 97. Wnętrze klubu całkiem, całkiem. Kolega stwierdził, że świetnie nadawałoby się na laserowego paintballa.

Na koniec dodam starą już informację, że uczelnia znowu zarobi na mnie parę groszy. Ulka zwróciła uwagę, że gdybym był już magistrem to można by za tę kasę kupić radio do samochodu.

Racja?

wtorek, stycznia 31, 2006

Druga jazda


Dziś to już prowadziłem jak Chuck Norris.
Dotarłem do trzeciego biegu, zatankowałem i użyłem wycieraczek.

Łzy Chucka Morrisa leczą raka.

Chuck Norris nigdy nie płacze.

Wiedza, którą zdobyłem dziś:

- pod koniec hamowania warto wcisnąć sprzęgło, żeby nie zgasł silnik

- po zmianie biegu można od razu puścić sprzęgło, pod koniec zaś tego procesu warto zacząć wciskać gaz

- na światłach wrzucić luz, a kiedy się kończą wskoczyć na jedynkę

- jedynka służy do ruszania (to już złota myśl Ulki)

Eeech, blachosmrody

piątek, stycznia 27, 2006

Pierwsza prawdziwa jazda

W końcu pojechałem.
Ulka wspominała, że podczas pierwszych jazd czuła się jakby jechała w tunelu. Nie było miejsca na pobocze, ani tym bardziej znaki drogowe. Z czasem widzenie tunelowe ustępowało i powoli ściany tunelu stawały się przezroczyste.

Teraz doskonale rozumiem co miała na myśli.
Tyle, że za pierwszym razem nie było mowy o tunelu. Byłem raczej w kuleczce, z której wystawały nogi i ręce. Oznacza to ni mniej ni więcej, że nie byłem pewny czy wciśnięcie gazu powoduje wzrost prędkości czy też nie. A może chodziło o brak kontroli na stopą?
Sam nie wiem, taki byłem podekscytowany.

Mam też nieodparte wrażenie, że zarówno gaz jak i hamulec są o wiele zbyt czułe. Zwłaszcza gaz.

W sumie zrobiłem małe kółko Łowicką, jakąś, Wołoską, Boboli i Batorego.

Całkiem nieźle było, ale mam świadomość, że to dzięki delegacji taktyki, nawigacji i strategii na instruktora.

czwartek, stycznia 26, 2006

Chuck Norris zawsze uprawia sex na pierwszej randce. Zawsze.

Znak miejsca dla inwalidów nie oznacza miejsca, gdzie mogą zaparkować inwalidzi. Oznacza miejsca, które należą do Chucka Norrisa i jeśli na nich staniesz zostaniesz inwalida.

Symetria

Zadzwonił do mnie Michał i z miejsca sfrustrował. Jak zwykle zresztą.
Kiedy ja znalazłem pracę w Korporacji, on wyjeżdżał do Libanu. Teraz ja przeszedłem gruntowne szkolenie z Oracle 10i, a on w tym czasie siedział w Liberii pod granicą ze Sierra Leone.
ż za symetria?

Miałem zamiar napisać jeszcze coś o tym, że i moja i jego sytuacja ma zalety i wady.
Niestety muszę wracać do pracy (

środa, stycznia 25, 2006

Słodkie małe stworzonka

Strona jest tak słodka, że pić przy niej espresso bez cukru
Cute Overload! ;)

Pierwsza (prawie) jazda

Irytuje mnie nieodmiennie, że najlepsze pomysły na wpisy (nie tylko wpisy) mam w wannie bądź w autobusie. Niby mógłbym pisać na palmtopie, ale jakoś mały ekranik zabija we mnie natchnienie (szukałem mniej egzaltowanego słowa ale po całodziennym obcowaniu z informatyzacją nie znalazłem).

Wczoraj odbyłem pierwszą praktyczna lekcję jazdy samochodowej. Niestety znowu skończyło się na teorii, nauczyłem się sterować światłami, wycieraczkami i skrzynia zmiany biegów. To ostatnie urządzenie trochę mnie niepokoi, bo nie wiem jak machać gałką bez patrzenia na nią.
Zaskoczyło minie, że gębą mi się sama śmiała na myśl o prowadzeniu samochodu. Jak dotąd jedynym pojazdem samobieżnym był skuter w Puszkarze i wiele się nim nie najeździłem. Pamiętam jednak, że sterowanie czymś o własnym napędzie jest interesującym doznaniem. Zobaczymy jak to będzie z nieporównanie większym od skuterka Oplem Corsą.
Mam jednak wrażenie, że ekscytacja ustąpi miejsca przerażeniu jak tylko wyjedziemy na Al. Niepodległości.

niedziela, stycznia 22, 2006

sobota/niedziela

Pokrótce:
Byłem na imprezie u Wojtka. Całkiem, całkiem było.
Wypiłem jakieś ? butelki wina, stoczyłem pojedynek na miecze świetlne w przebraniu Darth?a Maula, a na koniec przeniosłem się do Sheeshy.
Wróciłem o piątej, a potem słabowałem do 16.

piątek, stycznia 20, 2006

Powiało chłodem

Ostatnie dni nieźle chłodzą polskie tyłki. Podobno dzis w Warszawie bylo -22 stopnie. Przynajmniej tak twierdziła blondyneczka w TVN Meteo.

Glowe mam wypelniona Wyrocznia po brzegi. Mimo wszystko planuje w weekend jeszcze raz przeczytac wszystkie tomy, ktore nam wreczono. Niestety bywaly momenty, kiedy tracilem watek i bede musial to nadrobic.

Oprocz tego czeka jeszcze pierwsza lekcja Worda 2003, angielski, zmywanie, sprzatanie, prasowanie.
Ja pierdole, co za zycie...

wtorek, stycznia 17, 2006

Wyrocznia

Odbywam u nich tygodniowe szkolenie. Pięć dni kosztuje prawie 5k plz.
Uświadomiłem sobie dziś, że to tyle co semestr niezłych studiów. Albo więcej niż rok ulczynych podyplomowych. Albo dwa lata moich wymarzonych podyplomowych.
Ulki podyplomowe też mi się marzą.

Zazdroszczę.

Kićce też się podoba.

 Posted by Picasa

Widok spod zsypu.

 Posted by Picasa

piątek, stycznia 13, 2006

Log-in to Delhi


Właśnie nieopatrznie nastawiłem sobie w pracy muzykę z Monsunowego Wesela. Aaj Mera Jee Karda kojarzy mi się ze wstawkami do filmu przedstawiającymi ulice Starego Delhi w strugach monsunowego deszczu. Tragarze, rikszarze i biegające po kałużach dzieci. Uliczni sprzedawcy, stłoczone w ruchu ulicznym samochody i błąkające się po poboczu krowy.

Wtorek, 4 października 2005.

Autobus pędzi przez przemysłowe przedmieścia oddzielające lotnisko od centrum. Na ulicach o tej porze jeżdżą niemal wyłącznie ogromne ciężarówki Tata załadowane wysoko ponad szoferkę i pokryte fantazyjnymi obrazkami na burtach i masce. Każda ma na tylnej klapie kolorowy napis Horn Please! Na razie jeszcze nie wiemy co on oznacza i jakie będą konsekwencję tego zachęcającego napisu dla naszego samopoczucia przez najbliższe trzy tygodnie.

Paweł zwraca naszą uwagę, że przedpotopowe autobusy, podobne do tego którym jedziemy, mają na bokach informację mniej brzmiącą po przetłumaczeniu mniej więcej tak: Delhijskie Przedsiębiorstwo Transportu Publicznego - największa na świecie, przyjazna dla środowiska miejska sieć autobusowa. Jakoś te osmalone wraki nie wyglądają zbyt ekologicznie. Okazuje się jednak, że zarówno autobus jak i riksze napędzane są tu LPG, a czasem nawet CPG. India No Problem, jak mawia janikowe przysłowie - szczegóły, być może, w którymś z postów.

Po prawie godzinie docieramy wreszcie na postój pod New Delhi Railway Station. Hinduscy współpasażerowie wyładowują niewiarygodnie wielkie parciane torby w paski znane ze Stadiony X-lecia (trzecioświatowa globalizacja). Uznali najwyraźniej, że ich godzinne, graniczące ze stuporem, wgapianie się w nasze twarze stanowiło nawiązanie przyjaźni, bo żegnają się ze mną nadzwyczaj wylewnie.

Vis a vis dworca rozpoczyna się Main Bazar - Głowna arteria Pahar Ganj'u...
...arteria?
Spodziewaliśmy się z Ulka, że Indie mogą być trochę głośniejsze, brudniejsze i nędzniejsze niż np. Syria. Ale już pierwsze minuty na ulicy obnażają naszą naiwność. Ulica nie jest nawet wyasfaltowana, po prostu klepisko, a po bokach stoją jakieś rudery upstrzone poszarpanymi szyldami i obwieszone gęstą siecią przewodów elektrycznych. Na ziemi śpią jacyś obszarpańcy i wałęsają się bezdomne psy, przy których wyścigowe charty wyglądałyby jak tłuścioszki.
Całe to towarzystwo w miarę jak idziemy uliczką budzi się i zaczyna wciskać wizytówki hoteli, oferować transport po mieście i wycieczki do Agry.

Zaczynamy zaglądać do hotelików mieszczących się w tych ruderach. Wyglądają niewiele lepiej niż budynki, w których się mieszczą. Na pewno baaaaaardzo im daleko do luksusów obiecywanych na stronach internetowych, które Ula przeglądała przed wyjazdem. Zresztą nie spodziewaliśmy się niczego innego.
W końcu wybieramy Cośtam Palace za około 200 rupii. Przygodni rosyjscy przyjaciele wybierają stęchłe nory w hostelu obok za 100 rupii. Jest już trzecia w nocy, a oni rano ruszają dalej, więc luksusy im niepotrzebne.

Wydaje mi się, że na tym dzień się kończy, choć chyba z wyborem pokoi mieliśmy trochę dyskusji i wypaliliśmy parę papierosów, ale może Ulka będzie lepiej pamiętała.

środa, stycznia 04, 2006

Indie, ciążą i pogodziny.

W PiNie jakiś wieczorek m=indyjski chyba mają bo grają sporo bhangry. Fajnie, ale znowu zastanawiam się nad przewagą biletu do Chennai nad półkami na książki i dywanem.
Żeby umilić sobie rozważania zajrzałem na BollyFM i zaciągnąłem troche stuffu.
Poza tym - przyszedłem do pracy godzinę wcześniej i do tego punktualnie, co często się nie zdarza. Do 14 roboty było niewiele, potem coraz gęściej. No i wyszedłem godzinę po czasie, o 19. Ach te korporacje.

Aaa, zapomniałem zupełnie. Moja siostra zamierza urodić drugie dziecko, chłopca, za jakieś dwa-trzy tygodnie. Jak to ze slerotykami bywa zostałem tym terminem zaskoczony. Wydawało mi się, że rodziła będzie na wiosnę, a tu taki numer.
Ech, życie. W pracy też mieliśmy dziś dwa announcementy ciążowe.

No i się rozłączam, bo żona ziewa.

niedziela, stycznia 01, 2006

Postanowienia noworoczne

Eee, coś muszę z tym blogiem zrobić, bo jakiś zaniedbany się zrobił.
Już kiedyś chyba pisałem, że bardzo podoba mi się blogowanie jako sposób na komentowanie rzeczywistości. W USA jest to niemalże nowa gałąź mediów elektronicznych. No i gdzie jak gdzie, ale tutaj wszystko zależy od treści. W jakiś tajemniczo-pantoflowy sposób wieści o wartych czytania blogach rozłażą się po necie jak pluskwy po kanapie. Potem takie strony są syndykowane i z jakiegoś nieznanego grafomana stajesz się opiniotwórczym publicystą.
Ech, gdybyż siły i czasu na to starczało.

BTW
Wklepałem tłumaczenie tekstu po ukraińsku, ale zdaje się, że blogger.com nie obsługuje cyrylicy. A w każdym razie jak nie umiem go do tego zmusić.
W najbliższym czasie zamierzam wrzucić na prawy margines linki do stron, które śledzę. Na razie macie gdzieś na dole post z wklejonym katalogiem "Ulubione" z mojego firefox'a.


Zrobiłem kilka postanowień noworocznych:
-niepalenie
-angielski 2x tygodniowo
-siłka 2x tygodniowo
-więcej czasu z przyjaciółmi
Jeszcze mi kilka pomysłów chodzi po głowie, ale chwilowo umknęły.