czwartek, lutego 23, 2006

Agra, Indie. Przynajmniej uszami tam jestem...

Słucham sobie w pracy Nustrat Fateh Ali Khana.
Kupiłem go w sklepie naprzeciwko hoteliku Same, Same but Different na Taj Ganj?u. Siedzieliśmy z Beatą i Ulką na dachu patrząc na ledwie zarysowany obrys Taj?u. Nie był już oświetlony, więc wyglądał raczej na sztuczną dekorację z bollywodzkiej niskobudżetowej produkcji.
Zresztą w ciągu dnia jego idealne linie ledwie prześwitywały przez wszechobecny indyjski smog (a może po prostu mgiełkę spowodowaną upałem i wilgotnością powietrza).
Wszystko jedno. W każdym razie siedzimy, palimy wstrętne indyjskie papierosy (rzekome Marlboro za 70 rupii). Czekamy na Wojtka, a z ulicy dobiega głośna muzyka. Nie znam się na muzyce, więc w uproszczeniu napisze, że brzmiała pakistańsko-muzułmańsko raczej niż indyjsko. Komary cięły, my słuchaliśmy i rozkoszowaliśmy się upalną nocą kilometr od najpiękniejszego budynku świata, w najbardziej zwariowanym kraju świata.

Złapałem portfel i kupiłem za 300 rupii płytkę z 400MB empetrójek Nusrata oraz pierścionek dla Ulki za nieujawnialną ilość pieniędzy.

Teraz preparując raporty z wywiadów, jakie przeprowadzałem przez ostatnie dwa tygodnie słucham sobie tych wspaniałych dźwięków i mogę na chwilę oderwać się od pracy dla korporacji, która według Forbesa zajmuje wysokie miejsce wśród najbardziej podziwianych firm w USA, wyprzedzając m. in. Microsoft.

poniedziałek, lutego 13, 2006

Newcomer

Weekend spędziliśmy w Kielcach. Kulminacyjnym punktem programu była prezentacja świeżonarodzonego Szymka.

Sama podróż nie należała do najspokojniejszych, niestety. W połowie drogi przed Radomiem Mirze zachciało się siusiać i grzebała biedulka w podłodze transportera głośno przy tym miaucząc. Jak tylko dotarliśmy do ulkowego domu czym prędzej poleciała do nowoczesnej kuwety z wypełnieniem silikonowym.

Kiedy pierwszy raz oglądałem Szymona wyglądała tak:



Na szczęście nieco się od tego czasu rozwinął i teraz wyglada nieco lepiej. Chociaż na filmie ze szpitala miał niewiarygodnie szare i pomarszczone dłonie z długaśnymi pazurami. My widzieliśmy go już doprowadzonego do jako-takiego stanu:

O ile pierwszy bachorek wdał się w moją siostrę - śniada, okrągła i głośna Weronika, to Szymon jest raczej podobny do taty - o ile dwutygodniowy facet może być do kogokolwiek podobny. Jest spokojnym blondynem o silnych łapskach.

Łapska ma oczywiście wielkości pięciozłotówki.

wtorek, lutego 07, 2006

Zawistnik ze mnie...

... a raczej zazdrośnik:
Podróż dookoła świata
Nawet komentować mi się nie chce. Milcząco pogrążam się w zazdrości.

Wybory na Białorusi beze mnie :(

Koniec końców darowałem sobie wysyłanie zgłoszenia na obserwatora wyborów na Białorusi. Jeszcze by mnie przyjęli i miałbym twardy orzech do zgryzienia. Z pewnością dwa tygodnie urlopu, żeby oficjalnie potwierdzić, że prowincjonalny kołchoźnik z krzykliwą pożyczką nie stosuje się do międzynarodowych standardów demokratycznych to trochę za dużo. Mogę to stwierdzić bez wychodzenia z domu. Zwłaszcza, że sporo Białorusinów łyka jego brednie jak w ciemno i żadne tam OBWE ich nie przekona. W końcu już teraz na Białorusi polski wywiad szaleje jak 007 na Karaibach.

No, trochę przemawia przeze mnie rozgoryczenie, że tak czy siak nie pojechałbym do Mińska.

niedziela, lutego 05, 2006

Na stoku

Na stoku
Trzecie podejście do jazdy nauczyło mnie ruszania pod górę z hamulca ręcznego (rekomendowane i wymagane na egzaminie) oraz nożnego (najczęściej stosowane w praktyce).
Oprócz tego zacząłem zauważać znaki drogowe ? za radą instruktora te odnoszące się do pierwszeństwa przejazdu, a z własnych obaw przed hekatombą - te informujące o zbliżającym się przejściu dla pieszych. Ku rozbawieniu instruktora na widok tych drugich puszczam gaz i zaczynam wciskać hamulec. Ach, gdyby wszyscy prowadzili tak jak mniej byłoby potrąceń pieszych. Zwłaszcza, że 50 km/h wydaje mi się prędkością wystarczającą by dotrzeć do celu na czas, a przy tym w pełni kontrolować sytuację dookoła samochodu oraz urządzenia w jego wnętrzu.

W piątek miałem całodzienną imprezę firmową w klubie Pańska 97. Wnętrze klubu całkiem, całkiem. Kolega stwierdził, że świetnie nadawałoby się na laserowego paintballa.

Na koniec dodam starą już informację, że uczelnia znowu zarobi na mnie parę groszy. Ulka zwróciła uwagę, że gdybym był już magistrem to można by za tę kasę kupić radio do samochodu.

Racja?