piątek, grudnia 30, 2005

Pomarańczowe wspomnienia

Nastawiłem sobie w pracy płytę kupioną rok temu na Majdanie Nezależnosti w Kijowie. Błyskawicznie stanęły i przed oczami (i uszami) wspomnienia sprzed roku. Polityczne oceny pozostawiam innym. Mnie wystarczają wspomnienia zmarzniętych ludzi podskakujących w rytm muzyki, oklaskujących do upadłego Juszczenkę i Tymoszenko, uśmiechających się na widok zagranicznych obserwatorów w wioskach na końcu świata i tańczących na ulicy kiedy otworzyła im się szansa na lepsze jutro.

Bieżącej pracy co prawda niewiele ale chciałbym poskreślać wszystkie punkty z mojej checklisty i wkroczyć w Nowy Rok z czystą kartką.

poniedziałek, grudnia 26, 2005

Jakieś niepełne te święta były.
Byłem u siebie i u Ulki. Obie kolacje były bardzo smpatyczne, czuję jednak niedosyt. U mnie na kolację dań co najwyżej sześć, co gorsza atmosfery za grosz. Chyba w przyszłym roku będe musiał wszystkiego pilnować. Nie żebym zamierzał własnoręcznie ciasta piec, ale niewątpliwie zabrakło moderatora.
No, zobaczymy, zwłaszcza że siostra zamierza urządzić następną Wigilię u siebie.

Pożyjemy, zobaczymy

poniedziałek, grudnia 19, 2005

Początek tygodnia.

Nie cierpię poniedziałków, w które już od rana wiem, że nie zdążę zrobić wszystkiego co powinienem.
Siadam przy biurku i kiedy uruchamia mi się komputer czytam i modyfikuje listę spraw do załatwienia na dziś. Zwykle po otwarciu poczty muszę co nieco dopisać. No i na tym etapie już wiem, że jest marnie.
Więcej nie napiszę, bo mam mnóstwo roboty.

wtorek, grudnia 06, 2005

Czekolada.

Dzień w pracy niezbyt męczący ale nużący.

Pozytywem była czekoalda na gorąco.
Nie tak dawno Agnieszka zamarzyła sobie czekolade w nasej kafeterii i namawiałam wszystkich, żeby domagali się powiększenia asortymentu napojów o taką właśnie czekoladę.
No i się doczekaliśmy. Na informację, że panie w kawiarni właśnie testują machinę czekoladową Agnieszka aż podskoczyła ze szczęścia.
Czekolada rzeczywiście wyśmienita, robiona z roztopionej czekolady z mlekiem, a nie jakiegoś proszku zalanego wrzątkiem. Po prostu pycha.
Starsznie niestety droga, bo kosztuje 3,95 pln. Dla porównania w naszej dotowanej restauracji zapłaciłem dziś 4,44pln za pyzy z cebulą, słodko-kwaśną zapiekankę ryżową oraz miskę gotowanej brukselki. Pyzy były dla mnie, a ryż dla Ulki - więc obiad dwuosobowy.


Po pracy wybralismy się po prezenty i zimową kurtkę dla Ulki. Nic nie kupiliśmy za to podczas zakupów Warszawa zaskoczyła nas spektakularnym pokazem fajerwerków pod PKiNem.
Niech antywarszawscy malkontenci jojczą ile chcą, ale gdzie indziej w Polsce można byc zaskoczonym w dzień powszedni po południu dwudziestominutową kanonadą sztucznych ogni, od której aż trzęsą się wszystkie kamienice w okolicy?

Poszukiwania prezentu kontynuowaliśmy także po powrocie, przez internet. Wklepałem więc do wyszukiwarki hasło "dla mamy" licząc na jakieś prezentowe pomysły. Wyskoczyły jakieś szkarady dla kobiet w ciąży, co było do przewidzenia. Ulka ze śmiechem zaproponowała, żeby dopisał "piżama dla starej mamy". Nietrudno się domyślić, że jedyne wszystkie propozycje jakie dostałem były poronograficzne.

poniedziałek, grudnia 05, 2005

Genewa przed imprezą.

Lotnisko w Genewie powitało długimi, podziemnymi chodnikami ruchomymi. Żadnych tam rękawów czy autobusów. Machnąłem szwajcarskiemu celnikowi paszportem, a on odwdzięczył się polskim ?dzień dobry?. Zresztą nie tylko Polaka we mnie rozpoznano ale i korporanta, bo taksówkarz na dworcu bezbłędnie odgadł, dla jakiego koncernu pracuję. No, ale skoro w samolocie czułem się jak w pracowniczym busiku to zaskoczony być nie powinienem.

Genewa nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia jak za pierwszym razem. Schludne wąskie i świetnie oznakowane uliczki, sklep z samochodami Ferrari i siedziba UNHCR to wszystko co odróżnia to miasto od Warszawy ? w każdym razie na pierwszy rzut oka takie odniosłem wrażenie.
Novotel w Genewie ma całkiem niezły standard, a przy tym Sony PlayStation 2 w lobby. Szkoda, że był tam akurat jakiś ultratrudny kotek z czarodziejską różdżką walczący z czołgiem kolorze wesołej żabki.



Same pokoje świetne, miały nawet radio i telefon w wannie, ale telewizor był tak skomplikowanym urządzeniem rozrywkowym, że nie jego włączenie zajęło mi kwadrans. Po prysznicu i natarciu się orzeźwiającym balsamem wyruszyłem na zakupy ? Iwo miał przyjść za jakąś godzinę.

Cóż, sklepów okolicy niewiele, zdołałem kupić Ovomaltine dla siostry i tyle. Spotkałem też mnóstwo Afrykańczyków i Arabów oraz sporo wschodnioeuropejski prostytutek. Świetna okolica jak na hotel business class za ponad 200 SFr.

Kuzyn zabrał mnie do knajpy z podpitymi szwajcarskimi żulikami i znakomitym fondue i buendnerfleischem. Pycha, zwłaszcza karmelizowany ser na dnie, który specjalnie dla nas pieczołowicie wyskrobał właściciel. Diwo podejrzewał, że gospodarz założył, ze nie wiem co w fondue najlepsze. Nie mylił się.

Po zawaleniu żołądków najciężejstrawna potrawą w europie ruszyliśmy eksplorować genewski underground. Zaczęło się od niewielkiego pubu za dworcem kolejowym. Klientela przypominała tę z Jadłodajni Filozoficznej. Co zaskakujące ceny alkoholu również. Piwo za 2 SFr i wino za 3 SFr to w Szwajcarii interesująca okazja.

Stamtąd przeszliśmy dwie przecznice obok do celu naszego wieczoru. Po drodze zobaczyłem ciekawostkę. Smarty z wielkimi znakami ograniczenia prędkości do 45 km/h. Podobno jeżdżą nimi kierowcy, którym zatrzymano prawo jazdy ? można toto prowadzić podobnie jak u nas skutery.