Wizytę mieliśmy umówioną na 9:20 i 9:40 (w końcu bliźniaki, więc i wizyty dwie). Zgodnie z zaleceniem Uli zacząłem operację już o 8:15. Najpierw rozlałem wodę na stół, stare CD i dzidziusiowie akcesoria toaletowe. Po prostu uzupełniłem zbiornik nawilżacza odmineralizowaną wodą i nie założyłem zakrętki. Potem wg instrukcją chciałem położyć zbiornik wlewem do dołu i chluuust!
W metrze w windzie ktoś się zaciął, na szczęście zjawił się jakiś koleś oferujący pomoc w zniesieniu. Miło. Za to do wagonu musiałem wedrzeć się przemocą, bo miejsce dla wózków na czole składu kompletnie zapchane. Niewiele pomogło nawet pokrzykiwanie na pasażerów, żeby się nieco przesunęli. Środek wagonu był oczywiście luźny, ale znaczna część stojących po prostu się patrzyła z bezmyślnymi minami na nasz długaśny wózek. Cóż było robić, ruszyłem do szarży zachęcany radosnym pokrzykiwaniem Iwa. No i tłum się rozstąpił jak Morze Czerwone. Jednak przemoc to świetny sposób na rozwiązywanie wszelakich problemów.
W drodze powrotnej natknęliśmy się na skośnookośniadą ekipę telewizyjną, której chłopki przypadły do gustu. I chyba tyle ciekawostek, bo z przepocenie niewiele pamiętam.
