czwartek, października 04, 2007

Siły i zamiary

Musiałem wyjść z chłopkami na kontrolę kończącą ich chorobę – żłobek wymaga pisemnego poświadczenia, że jeden z drugim zdrowy jest. Wiedziałem, że łatwo nie będzie - i nie było. Przy moim, Iwa i ciężaru ogólnego udziale.

Wizytę mieliśmy umówioną na 9:20 i 9:40 (w końcu bliźniaki, więc i wizyty dwie). Zgodnie z zaleceniem Uli zacząłem operację już o 8:15. Najpierw rozlałem wodę na stół, stare CD i dzidziusiowie akcesoria toaletowe. Po prostu uzupełniłem zbiornik nawilżacza odmineralizowaną wodą i nie założyłem zakrętki. Potem wg instrukcją chciałem położyć zbiornik wlewem do dołu i chluuust!

Po szybkiej akcji ratunkowej rzuciłem się na rozradowanae zamieszaniem dzieci. Przewinąłem Śliwkę i uwięziłem go w łóżeczku. Następnie przewinąłem Kacprzynę, który świetnie się z Śliwką, wystającą z łóżka, zabawiał. Na zakończenie zobaczyłem rozsmarowane w łóżeczku elementy śliwkowej plecówki.

Szybkie mycie, przebranie i przepierka materaca i jesteśmy gotowi do wyjścia, spoceni przy tym jak przodkowi górnicy. Ubranie mokre miałem do samego powrotu do domu. pchanie krążownika chodników z naszymi grubasami nie daje możliwości ochłonięcia, zwłaszcza jeśli jest się spóźnionym do lekarza.

W metrze w windzie ktoś się zaciął, na szczęście zjawił się jakiś koleś oferujący pomoc w zniesieniu. Miło. Za to do wagonu musiałem wedrzeć się przemocą, bo miejsce dla wózków na czole składu kompletnie zapchane. Niewiele pomogło nawet pokrzykiwanie na pasażerów, żeby się nieco przesunęli. Środek wagonu był oczywiście luźny, ale znaczna część stojących po prostu się patrzyła z bezmyślnymi minami na nasz długaśny wózek. Cóż było robić, ruszyłem do szarży zachęcany radosnym pokrzykiwaniem Iwa. No i tłum się rozstąpił jak Morze Czerwone. Jednak przemoc to świetny sposób na rozwiązywanie wszelakich problemów.

W drodze powrotnej natknęliśmy się na skośnookośniadą ekipę telewizyjną, której chłopki przypadły do gustu. I chyba tyle ciekawostek, bo z przepocenie niewiele pamiętam.

Ależ ta Ulka była dzielna wywożąc tych grubasów samodzielnie na spacer.

Postęp

Wybrałem się dziś rano na Wydział.

Zadziwiłem się postępem technologicznym - na tablicy ogłoszeń wisiała informacja, że każdy student i pracownik naukowy jest ZOBOWIĄZANY założyć sobie konto poczty elektronicznej. Cóż za zmiana.

Kiedy na pierwszym roku chciałem założyć konto musiałem lecieć z podaniem do dziekana i wysłuchać utyskiwań opiekun roku, że powinienm się uczyć, a nie zajmować durnymi nowinkami. Konto miałem o numerze trzy tysiące cośtam. Co oznacz, że byłem zapewne wśród pierwszych dziesięciu tysięcy internautów w Polsce. Ech, będzie co wnukom opowiadać...

wtorek, października 02, 2007

Zupa

Ciekawym wyzwanie okazało się karmienie bardzo głodnych chłopków gorącą zupą z estragonem.
Aż podskakiwali na siedzeniach na widok talerzy z zupą, ale kontakt usteczek z łyżką kończył się sapaniem i machaniem rękami. Po chwili zapominali o temperaturze i znowu podskakiwali. W końcu Iwo się poddał. Kacprzak zaś dzielnie wtrząchnąl ciurkiem trzy chochle.

Kiedy przyszła kolej Iwa, zupa była chłodna, co wprawiło go w rozpacz, a następnie w niepohamowaną wściekłość. Przeczekałem atak sprzątając po kacprowym jedzeni, dzięki czemu zupa wystygła. Ale i to Iwa nie zadowliło, co gorsza każda przerwa w podawaniu łyżek dłuższa niż 3 sekundy skutkowała rzucawką. W końcu jednak druga połowa zupy wylądowała w wygłodniałym żołądeczku.

Potem smarkanko, przewijanko i spanko. A ja odgrzeję sobie fasolkę i poprawię bakławą.

poniedziałek, października 01, 2007

Fasolka po bengalsku

Ulka wróciła dziś do pracy, a ja zostałem z chłopkami, żeby ich dokurować. Jest już 13:17 a ja nadal nie zwariowałem. Po śniadaniu się elegancko przespali, potem z Iwem powiesiłem pranie. Pozwolili nawet mi zrobić zupę (ścianę, drzwi i kuchenkę obryzgałem zupełnie bez ich udziału).

Po drodze był syrop, krople do nosa i oczywiście odsmarczanie. I nadal im wesoło, a ja mam nawet czasu pisać te słowa. Aż się boję myśleć jaka będzie tego cena...


Fasolka po bengalsku:
Nasiona fenkuł, gorczycy, kozieradki, kminu i czarnuszki rzucić na rozgrzany olej. Jak zaczną intensywnie pachnieć dorzucić zielone chilli. PO chwili wrzucić podgotowaną fasolkę i posypać kurkumą. Po dwóch minutach posypać zmieloną czarną gorczycą.

Pycha, choć zamiast fasolki powinna być kapusta, a chilli nie miałem. Mieszanka nazywa się pancz paron.