czwartek, lutego 17, 2005

Riabczuk?

Niedługo będę chyba musiał zdecydować się na formę wpisów. Szybkie wklepywanie kilku zdań nie jest tym co zamierzałem. Na razie na więcej brak czasu.

Tere fere, przecież jestem bez pracy ;)

Ślicznie dziś śnieg w Warszawie padał. Na szczęście było chyba poniżej zera, bo płatki nie zmieniały się w szarą bryję. Pola Mopkotowskie były tak urocze, że miałem supertajny plan wybrać sie tam z Ulka wieczorem na spacer. Ale mi przeszło :(

Koło południa, kiedy wybierałem się do BNu zadzwonił telefon. Dzwonił Marek, kolega z byłej pracy. Pracuje w jakiejś małej miejscowości w stanie Maine. Sprawiał wrażenie zadowolonego. I bardzo dobrze, bo kombinawał ten wyjazd od bardzo dawna. Parę razy całował klamki, ale w końcu się udało.

Mam nadzieję, że teraz moja kolej ;)

W bibliotece dostałem miejsce obok jakiejś raszpli. Robiła notatki z czasopism i popularnych książek o storczykach. A w uszach miała wielkie czerwone stopery. Na przeciwko zaś siedział koleś niezwykle podobny do Mykoły Riabczuka, którego książkę właśnie czytałem.

A Ulkę drugi dzień z rzędu przy stacji Merta Centrum prześladuje śliczny zagubiony piesiołek. Próbujemy wydumać coś w tej sprawie ale na razie bez rezultatu.

Brak komentarzy: