Właśnie nieopatrznie nastawiłem sobie w pracy muzykę z Monsunowego Wesela. Aaj Mera Jee Karda kojarzy mi się ze wstawkami do filmu przedstawiającymi ulice Starego Delhi w strugach monsunowego deszczu. Tragarze, rikszarze i biegające po kałużach dzieci. Uliczni sprzedawcy, stłoczone w ruchu ulicznym samochody i błąkające się po poboczu krowy.
Wtorek, 4 października 2005.
Autobus pędzi przez przemysłowe przedmieścia oddzielające lotnisko od centrum. Na ulicach o tej porze jeżdżą niemal wyłącznie ogromne ciężarówki Tata załadowane wysoko ponad szoferkę i pokryte fantazyjnymi obrazkami na burtach i masce. Każda ma na tylnej klapie kolorowy napis Horn Please! Na razie jeszcze nie wiemy co on oznacza i jakie będą konsekwencję tego zachęcającego napisu dla naszego samopoczucia przez najbliższe trzy tygodnie.
Paweł zwraca naszą uwagę, że przedpotopowe autobusy, podobne do tego którym jedziemy, mają na bokach informację mniej brzmiącą po przetłumaczeniu mniej więcej tak: Delhijskie Przedsiębiorstwo Transportu Publicznego - największa na świecie, przyjazna dla środowiska miejska sieć autobusowa. Jakoś te osmalone wraki nie wyglądają zbyt ekologicznie. Okazuje się jednak, że zarówno autobus jak i riksze napędzane są tu LPG, a czasem nawet CPG. India No Problem, jak mawia janikowe przysłowie - szczegóły, być może, w którymś z postów.
Po prawie godzinie docieramy wreszcie na postój pod New Delhi Railway Station. Hinduscy współpasażerowie wyładowują niewiarygodnie wielkie parciane torby w paski znane ze Stadiony X-lecia (trzecioświatowa globalizacja). Uznali najwyraźniej, że ich godzinne, graniczące ze stuporem, wgapianie się w nasze twarze stanowiło nawiązanie przyjaźni, bo żegnają się ze mną nadzwyczaj wylewnie.
Vis a vis dworca rozpoczyna się Main Bazar - Głowna arteria Pahar Ganj'u...
...arteria?
Spodziewaliśmy się z Ulka, że Indie mogą być trochę głośniejsze, brudniejsze i nędzniejsze niż np. Syria. Ale już pierwsze minuty na ulicy obnażają naszą naiwność. Ulica nie jest nawet wyasfaltowana, po prostu klepisko, a po bokach stoją jakieś rudery upstrzone poszarpanymi szyldami i obwieszone gęstą siecią przewodów elektrycznych. Na ziemi śpią jacyś obszarpańcy i wałęsają się bezdomne psy, przy których wyścigowe charty wyglądałyby jak tłuścioszki.
Całe to towarzystwo w miarę jak idziemy uliczką budzi się i zaczyna wciskać wizytówki hoteli, oferować transport po mieście i wycieczki do Agry.
Zaczynamy zaglądać do hotelików mieszczących się w tych ruderach. Wyglądają niewiele lepiej niż budynki, w których się mieszczą. Na pewno baaaaaardzo im daleko do luksusów obiecywanych na stronach internetowych, które Ula przeglądała przed wyjazdem. Zresztą nie spodziewaliśmy się niczego innego.
W końcu wybieramy Cośtam Palace za około 200 rupii. Przygodni rosyjscy przyjaciele wybierają stęchłe nory w hostelu obok za 100 rupii. Jest już trzecia w nocy, a oni rano ruszają dalej, więc luksusy im niepotrzebne.
Wydaje mi się, że na tym dzień się kończy, choć chyba z wyborem pokoi mieliśmy trochę dyskusji i wypaliliśmy parę papierosów, ale może Ulka będzie lepiej pamiętała.

3 komentarze:
a mnie się wydaje że to wszystko działo sie we wtorek 4 października(noc z poniedziałku na wtorek)
Wydaje się, że masz rację. Przy okazji zweryfikuję i poprawię.
Albo i nie poprawię, jęsli racji nie masz.
Poprawione.
Prześlij komentarz