Spóźniłem się dzis na autobus o 7:59. Ruszylem wiec truchcikiem do metra. Pociag przyjechal prawie od razu, dojechalem wiec szybko do Centrum.
Znowu truchcik do tramwaju, gdzie spotkalem kanara i skonczylem czytac TransAtlantyk.
Na R. Waszyngtona dotarlem 8:20, po trzech minutach bylem juz na przystanku autobusu, ktory gonilem. O dziwo spoznilem sie. Za diabla nie moge zrozumiec jakim cudem, bo autobus jedzie zwykle NIEMOZEBNIE wolno, robi objazdy i ostatnie kilka przystankow przed R. Waszyngtona stoi w koru. Niewykluczone, ze wreszcie skonczyli remont skrzyzowania Francuskiej ze Zwyciezcow (pyszny kebaba tam maja, podobniez najlepszy w Warszawie).
Co dziwniejsze kiedy wsiadlem do nastepnego autobusu przyjechalem na miejsce 15 minut wczesniej niz zwykle, czytajc po drodze Łagodną Dostojewskiego.
Jak u Lema nieomal :)
Teraz jem paczka z chalwa, pije kapuczino i dumam o urlopie. Bo chyba przed pierwszym maja go do grafiku sobie wpisze. Co najlepsze moge skopojnie wziac trzy tygodnie ciurkiem.
HURRRA!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz